WFF 2014 – Dzień sądu [The Judgement aka Sadilishteto]

Sceptycznie przyjmuję filmy, przed którymi pojawia się osobiście dyrektor festiwalu i opowiada o tym, że bardzo chciał sprowadzić ten czy ów film do Warszawy, bo go już oglądał i mu się podobał. Oczywiście nic się nie da zrobić, bo już się siedzi na widowni i nie pozostaje nic innego jak zobaczyć, cóż to zachwyciło pana Laudyna. W zeszłym roku tak było z Dotykiem grzechu, w tym z „Dniem sądu” (wyczuwam mroczny pattern, choć twórca polskiego tytułu chyba za bardzo „Terminatora” się naoglądał). Chińskie dzieło okazało się kiepskie (stąd mój sceptycyzm), natomiast dzieło bułgarskie…

Na szczęście okazało się lepsze i ciekawsze. Nadal jednak nie mam pojęcia, cóż tak wyjątkowego dostrzegł w nim dyrektor festiwalu. W mojej opinii nie wyróżnia się ono bowiem ponad jakiś tam, dość wysoki, poziom. I tyle. Za serce nie łapie, oczu szeroko nie otwiera, dziury w sercu po sobie nie pozostawia.

Historia taka jak wiele. Bułgaria klasy C, zapadła dziura gdzieś tam. Bohater filmu ma problemy ze spłatą kredytu. Bezlitosny bank daje mu na uiszczenie stosownych opłat miesiąc, w trakcie których musi skołować (bohater, a nie bank :P) niebotyczną dla niego kwotę 7.000 euro. Rozwiązanie jest tylko jedno – praca u starego znajomego, od której to pracy wolałby trzymać się z daleka. W końcu jednak decyduje się, by pośredniczyć w niebezpiecznym procederze przemycania tureckich uchodźców do Bułgarii, która jest dla nich miejscem przerzutowym do Unii Europejskiej.

Oprócz pierwszego tła, jest w „Dniu sądu” również tło drugie związane z tajemnicą sprzed lat. I to właśnie to drugie tło jest głównym tematem filmu (a także standardowy wątek ojciec-syn), którego centralnym miejscem staje się tytułowy Dzień Sądu, czyli szczyt, przez który wiedzie droga przerzutowa ku wielkiemu światu. To właśnie tam splatają się wszystkie wątki i bardzo dobrze, bo z Dnia Sądu mamy bardzo ładne widoki na okolicę – przyjemny oddech od widoków prowincjonalnej Bułgarii.

Jak już wspomniałem, „Dzień sądu” to film bardzo porządny (z kiepskimi postsynchronami), w którym Coś dostrzegł nie tylko dyrektor festiwalu. Bądź co bądź lista krajów europejskich, które zaangażowały się w produkcję stanowiła około 1/3 napisów początkowych. Dla mnie to jednak nic więcej ponad to, jak powinno się dobrze opowiedzieć taką historię, by widz był zadowolony i coś sobie przemyślał. Ale na dłużej po seansie w głowie nie zostaje. 8/10 – bo lepszy od filmów, którym dałem 7 😉

(1800)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.