WFF 2014 – Anioły dnia powszedniego [Angels aka Andělé všedního dne]

Warszawski Festiwal Filmowy toczy się w najlepsze, obejrzane filmy cykają na liczniku i tylko pisać o nich nie ma kiedy. Ale skończy się weekend, częstotliwość seansów się zmniejszy, to i w reckach podgonię. Ewentualnie będę pisał krótsze. Tak, to lepszy pomysł.

Być może i najcieńszą książką świata jest spis czeskich bohaterów wojennych, ale to nie znaczy, że zupełnie nie mają być z czego dumni. Wszak dali światu knedliki, wojaka Szwejka i kino obyczajowe. Niby takie same jak wszędzie, a jednak ciut inne, takie czeskie. I choć lata świetności ma ono troszeczkę za sobą, to nadal powstają tam filmy godne uwagi. A przynajmniej tak mi się wydaje 😉 bo co sięgnę po jakiś przykład to w zasadzie nigdy nie mam ochoty wyłączyć go w połowie.

„Aniołów…” też nie miałem, choć nie da się ukryć, że to raczej kino z gatunku, który festiwali żadnych nie wygra i bardziej do TV4 wieczorem się nadaje. Bohaterami są tytułowi aniołowie, którzy zostają wysłani na ziemię, by zająć się skomplikowanymi powiązanymi losami trzech rodzin. Wiemy, że wkrótce czeka je katastrofa (choć nie wiemy jaka) i cyniczni wysłannicy niebios będą się starać ją powstrzymać.

Najfajniejsze co jest w tym filmie to pomysł na niego. Podobają mi się ci aniołowie, tacy inni od stereotypowego wyobrażenia, ironiczni i mocno zblazowani. A jednak zainteresowani losem ludzi, o którym wszystko wiedzą. W każdej chwili mają dostęp do wybranych wideomomentów biografii swoich „celów” i mogą szukać w nich odpowiedzi na pytanie: jak powstrzymać nieszczęście? W tym sensie mocno przypominają bohaterów „Badaczy czasu” Orsona Scotta Carda, choć skupieni są nie na naprawianiu całego świata, a na jednostce. Jednostce, o której mają wyrobione pojęcie przez setki lat podobnych misji. I zdarza im się wątpić w sens tego wszystkiego, jak i w istnienie swojego mocodawcy. Takie to anioły.

Zresztą (wracając na sekundkę do Carda) sam film oparty jest na powieści Michala Viewegha. Teraz odkryłem, wcześniej nie wiedziałem.

Film Alice Nellis, choć opisywany jako komediodramat, nie ma w sobie za dużo komedii. Jest kilka weselszych momentów, ale nie nadają one tonu historii tak jakby się mogło wydawać, że będą. Być może ten humor był zbyt subtelny, a bardziej po prostu nie został w pełni wykorzystany. Całość ma zdecydowany posmak obyczajowy i raczej w takim kierunku zmierza. Jest tutaj sporo obserwacji o miłości, upływie czasu, pokusach – ogólnie o ludziach, o nas wszystkich. I wszyscy możemy tu znaleźć jakiś fragment siebie. Zgrabnie się to splata w jasną i klarowną całość, ale ponad pewną solidność całość się nie wzbija. 7/10

(1789)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl