Annabelle

Powiem szczerze – więcej emocji niż podczas seansu miałem przed nim. To nieciekawa historia, więc ją opowiem.

Zwykle na seanse przedpremierowe, na których nie ma wyznaczonych konkretnych miejsc jeździmy z gambitem/Aśkiem dość wcześnie, żeby sobie usiąść tam, gdzie lubię. Nie jest to sam środek rzędu, więc spokojnie. Tym razem miało być podobnie, ale gambit utknął w korku pod bemowskim ratuszem. Była tam całkiem fajna i szeroka ulica, więc nic dziwnego, że postanowili ją spieprzyć i zrobić od nowa. Ryją w niej już któryś miesiąc, a korki są coraz większe. W związku z nimi wyruszyliśmy spod domu jakieś 25 minut po zakładanym czasie. Wciąż był spory margines, ale za chwilę czekały nas kolejne niespodziewane rozkopy, które zaprowadziły nas cholera wie dokąd. Zanim się z nich wygrzebaliśmy przeklinając warszawską infrastrukturę drogową było już dość późno. W związku z tym wpadliśmy pod salę gdzieś tak pięć minut przed czasem, a tam taaakaaa kolejka. No i w sumie dobrze wyszło, bo byśmy w niej więdli pół godziny, a tak to jeszcze zdążyłem obskoczyć WC zanim w ogóle kolejka zmniejszyła się o połowę. Nie mówiąc o tym, że finalnie moje ulubione miejsca czekały nietknięte. No co za emocje!

A potem zaczął się film.

Nie chodzi nawet o to, że „Annabelle” to zły film. (Dlatego ode mnie 6/10). Chodzi bardziej o to, że „Annabelle” to wtórny film. Osobie, która nigdy w życiu nie widziała horroru pewnie mógłby się „Annabelle” spodobać, ale umówmy się: na horrory raczej nie chodzą osoby, które nigdy w życiu nie widziały horroru. Wręcz przeciwnie. A takie osoby nie znajdą tu nic, czego wcześniej nie przerabiałyby na sto różnych sposobów. W stu różnych (a zarazem takich samych) filmach. „Annabelle”, jako spin-off popularnego filmu („The Conjuring”) to świetny pomysł na pociągnięcie tematu, ale perfidnie potraktowany jako maszynka do robienia pieniędzy. I jeśli je zarobi, to jeszcze nie będzie koniec.

Nie jestem pewny, czy inne podejście niż „zaróbmy pieniądze” by się sprawdziło w przypadku tego filmu, ale na pewno mogłoby mu pomóc. Ciężko nie odnieść wrażenia, że twórcy wiedząc o tym, że mają zapewnioną widownię postanowili się nie przemęczać. Postanowili postraszyć nas Głośnym Dźwiękiem, długo i banalnie budowanym napięciem – i całym tym zestawem horrorowych klisz, które nikogo nie wystraszą. (No mnie wystraszą, bo ja nie cierpię Głośnego Dźwięku, a tu przynajmniej jeden był tak perfidny, że udusić twórców to mało).

Bohaterką filmu jest młoda mama, skrzyżowanie Dianny Argon z Kelly Reilly i Vivą Biancą. W prezencie od męża dostaje ona wymarzoną lalkę (jest kolekcjonerką, inaczej film nie miałby oczywiście sensu). Wraz z jej pojawieniem się w domu zaczynają dziać się dziwne rzeczy, a nas to nie dziwi, bo lalkę znamy już z ww. „The Conjuring”.

Z dobrych rzeczy odnośnie tego filmu przyznam, że potoczył się on w trochę innym kierunku niż się spodziewałem. Gdy wspomniano o Charlesie Mansonie pomyślałem, że będą z tego ludzie, ale niestety zawiodłem się. Liczyłem może na jakieś sprytne powiązanie dwóch historii, czy coś w ten deseń. Poza tym już zwyczajnie mam dość tej wyświechtanej konwencji strasznej obecności czegoś nienazwanego. I już pal licho lalkę – nie mam nic przeciwko nawiedzonej lalce, niechby i nawet mówiła robiąc swoje. Ale wkurza mnie takie totalne pójście na łatwiznę, jak sceny, w których coś, nie wiadomo co podpala gaz i nastawia popcorn. To w ogóle nie jest straszne, a tylko irytujące. Naprawdę wolałbym, żeby do kuchni weszła lalka i podpaliła kuchenkę. Nie miałbym nic przeciwko temu, bo przecież na taki film z własnej woli się wybrałem.

„Annabelle” to dobrze zrealizowana (dlatego 6/10) sztampa. Filmów na takim poziomie realizacyjnym, nieosiągalnym u nas, w Hollywood mogą każdego dnia kręcić kilka. I na pewno dalej będą to robić. A szkoda, bo z punktu widzenia odbiorcy, lepiej byłoby zrobić jeden dobry film niż dziesięć przeciętniaków.

(1783)

Advertisement

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl