Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

To Be Takei

Na weekend dwa słowa o lightowym dokumencie, na który warto rzucić okiem, ale też niczego w Waszym życiu nie zmieni. Ot takie 7/10 klasyczne. Mogło być więcej, ale o tym potem.

Zgodnie z tytułem, dokument opowiada o życiu George’a Takei, nieśmiertelnego kapitana Sulu z załogi oryginalnego Enterprise’a. Opowieść o początkach kariery przenika się z tą o teraźniejszości gwiazdy Facebooka i konwentów. Bo, nie dziwi raczej fakt, że większego życia zawodowego po „Star Treku” Takei nie miał. Co nie oznacza, że zamknął się w swojej posiadłości w Hollywood i nie wychodził do nikogo. Wręcz przeciwnie.

Takei znalazł swoje miejsce w świecie, w którym showbiznes przeważnie przeżuwa i wypluwa 85% gwiazd jednego serialu. Nie skończył naćpany za kierownicą samochodu, czy w reality programie o wyjściu z uzależnienia. Dość niespodziewanie, za sprawą swojego „wyjścia z szafy” i przyznania się do homoseksualizmu, stał się ikoną walki z homofobią. Ikoną uśmiechniętą i posiadającą do siebie pełen dystans.

Ale stał się też idolem Facebooka z fanpage’em odwiedzanym codziennie przez tysiące, jeśli nie miliony fanów. Całkiem nieźle jak na aktora jednej roli.

A początki nie zapowiadały takiego zaszufladkowania. Jako azjatycki aktor w skostniałym Hollywood radził sobie nadspodziewanie dobrze pojawiając się w wielu produkcjach i nawiązując coraz więcej kontaktów. Do przełomowej roli w „Star Treku” uzbierał całkiem niezłą filmografię, choć raczej mało znaczących ról. Potem zostały już tylko konwenty i gościnne role. Na co obdarzony życiowym optymizmem aktor zdaje się nie narzekać.

Fani „Star Treka” nie znajdą tu raczej dla siebie zbyt wiele, bo temat ten potraktowany został dość marginalnie. Ważniejszy w tym dokumencie jest sam Takei i jego wspomnienia przeplatane z tu i teraz oraz przygotowaniami do roli w ważnym z powodów osobistych musicalu. Ogląda się to wszystko łatwo, lekko i przyjemnie.

Więcej niż 7/10 jednak nie dam, bo w jednym temacie twórcy filmu zachwiali proporcjami. Według mnie za dużo czasu poświęcono mężowi głównego bohatera i właśnie to jest dla mnie główną wadą filmu.

Kurde, skończyłem jak wypracowanie…

(1776)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.