Shock Value

Remont nie sprzyja oglądaniu filmów. Próbuję od czasu do czasu coś zarzucić, ale zawsze coś przeszkadza. Pomyślałem, że będę oglądał mniej zobowiązujące filmy (tłum.: byle co), które można oglądać jednym okiem bez straty niczego, ale to również nie sposób. Jedyne rozwiązanie: skończyć remont. Jeszcze trochę.

Jednym z grupy mniej zobowiązujących filmów został wybrany tytułonotkowy „Shock Value”. Fajny tytuł, to mu trzeba przyznać. Jeśli zaś chodzi o fabułę to: marzący o wielkiej karierze reżyser horrorów zatrudnia do swojej następnej produkcji seryjnego mordercę.

Pomysł ciekawy, też trzeba przyznać. Tyle, że naciągany. Reżyser filmu również musiał mieć tego świadomość, ale zupełnie się tym nie przejął. Wyobrażam sobie, że szybko zauważył, że będzie się musiał natrudzić, żeby pomysł na fabułę ubrać w wiarygodną fasadę. Tyle tylko, że nie chciało mu się tego robić. Pomysł miał fajny, wart realizacji, to raczej nie było sensu go porzucać z powodu jakiejś tam wiarygodności. Machnął ręką.

I z tego machnięcia ręką wyszedł okropny początek, który nie zapowiada nic dobrego. Bach reżyser, bach seryjny morderca, bach spotykają się, bach propozycja, bach początek zdjęć, bach, bach. A potem było już lepiej.

W ogóle mam wrażenie, że „Shock Value” to dwa różne filmy. Razy dwa. Po pierwsze jest ten kiepsko wyreżyserowany marny i półamatorski film, na którym dobrze bawią się tylko realizatorzy. Ale po drugie jest też ten całkiem udany niezależny film, w trakcie którego można podziwiać twórców, że sobie radzą mimo widocznych wszędzie ograniczeń. Druga para tej dziwnej dualności (trudne słowo) wynika z braku niezdecydowania. Nie wygląda na to, żeby reżyser wiedział, jaki film chce nakręcić. Czy czarną komedię, czy może poważny thriller. Ta pierwsza wyszła mu całkiem udanie (szczególnie podczas najlepszej w całym filmie sceny u Malcolma McDowella). Jest tu parę celnych dialogów, mrugnięć okiem i smaczków filmowych. Natomiast jeśli chodzi o poważny thriller to już jest cienko i nie zobaczycie tu niczego, czego byście wcześniej nie widzieli.

Z tego pomieszania z poplątaniem wychodzi – i tak, uważam, bardzo łaskawie – 6/10. EDIT jakiś tydzień później: zmuszony jestem odjąć punkcik, bo 6 przy 7 dla Miasta 44 – nawet biorąc pod uwagę moją filozofię oceniania filmów – to nieporozumienie. 5/10. KONIEC EDITA

(1773)

PS. Jak na taką niezależną produkcję rozbierają się tutaj całkiem do rzeczy panny. A to zawsze plus. 

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.