Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Honeymoon

Każdy z nas zna te filmy (przeważnie slashery, chyba rzadziej horrory), w których trzeba się przemęczyć przez pierwsze 30-40 minut zanim dojdziemy do konkretów. Z „Honeymoon” jest trochę odwrotnie. „Trochę”, bo nie zaczynamy od konkretów, ale zanim do nich dotrzemy wcale się nie nudzimy i nie męczymy. A przynajmniej ja tego stanu nie odczułem.

I już miałem chwalić, bo właśnie po tym można odróżnić udany, niskobudżetowy filmy od takiej samej nieudanej produkcji. W tym drugim przypadku, zanim coś zacznie się dziać, bohaterowie gadają o pierdołach i trudno tego słuchać oraz na to patrzeć, bo przeważnie w głównych rolach obsadzane są aktorskie beztalencia, które nadają się do zabicia w dalszej części filmu, ale do niczego więcej. Człowiek się domyśla, że reżyser wie, jak poprowadzić krwawy atak sasquatchy (sasquatchów?) na skąpo odziane studentki, ale zanim do niego dojdzie dobrze by było, gdyby miał też trochę zmysłu obyczajowego. I czuć, gdy rzeczywiście go ma – wtedy właśnie mamy do czynienia z filmem udanym.

W „Honeymoon” dobrze to czuć. Choć to film właściwie dwójki aktorów (przemiła Rose Leslie plus koleś, którego nie kojarzę) to szybko nawiązujemy z nimi nić sympatii i nie potrzebujemy nikogo więcej, żeby ożywił akcję. Cała początkowa fabuła opiera się na ich rozmowach, ale przyjemnie się tego słucha, śmieje się tam, gdzie reżyser chce, żeby się uśmiechnąć i chętnie dołączyłoby się do tej „paczki” sympatycznych ludzi lub choć dodało do znajomych na fejsie. Niby nic się nie dzieje, a nic nie szkodzi.

To czemu nie będę chwalił (no w zasadzie pochwaliłem, ale cicho, nie będę sobie przemyślanej koncepcji recenzji psuł :P)? Ano temu, że im więcej się w „Honeymoon” zaczyna dziać, tym jest gorzej. Dalej obserwujemy tylko dwójkę aktorów (jest jeszcze jedna dwójka, ale mało ważna), ale kiedy przestają ze sobą rozmawiać nie jest już tak fajnie. Co prawda w zamian dostajemy sprawnie wykreowany klimat paranoi, odosobnienia, coraz bardziej przerażającego podejrzenia, ale to nie wystarcza. Zaczyna wiać nudą, gdy bohaterowie snują się nocą po lesie. Szczególnie że całość prowadzi do łatwego do przewidzenia końca, który pozostawia spory niedosyt. Jakby twórcy nie wiedzieli, jak to wszystko rozwinąć i skończyć i wymyślili cokolwiek, byle tylko.

Świeżo upieczeni małżonkowie wyjeżdżają do chaty w lesie na kanadyjskim ustroniu. Sielankę szybko burzy tajemnicze zniknięcie małżonki. 6/10

(1780)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.