Bez litości [The Equalizer]

Robert McCall jest cichym i zdyscyplinowanym pracownikiem Castoramy. Zawsze pomoże, o każdej porze, o mój Boże! Przychodzi rano do pracy, robi co się od niego oczekuje i na nic się nie skarży. Potem wraca do domu. Tam dopada go bezsenność, którą zabija w lokalnej knajpce przy lekturze i herbacie. Także w tejże knajpce prowadzi rozmowy o literaturze i życiu z młodą prostytutką. Gdy ta zostaje ciężko pobita, Robert przestaje być cichy, miły i spokojny.

Antoine Fuqua przez jakić czas był moim ulubionym reżyserem. I to wcale nie ze względu na „Dzień próby” – ten film akurat tylko potwierdził, że postawiłem na dobrego konia śledząc jego karierę już od momentu zastąpienia Johna Woo na reżyserskim stołku „The Replacement Killers”. Jednak, jak to często bywa w takich przypadkach, jego opus magnum zamiast wystrzelić karierę w kosmos, spowolniło ją i Fuqua przepadł (ten sam los zgotował przy okazji gwieździe „Dnia…”, nagrodzonemu Oscarem za rolę w tym filmie, Denzelowi Washingtonowi; on również potem się nie podniósł i, choć pozostał na w miarę przyzwoitym poziomie, to jednak zawodził). Po latach obaj postanowili coś z tym zrobić i zrobili „Bez litości”. (Załóżmy dla dobra recenzji, że Olympus Has Fallen nie powstał, ewentualnie dla Fuqui stanowił przysłowiowy wyjątek od reguły).

„Bez litości” to komiksowy film na poważnie. Taki „Batman Begins”, ale bez masek i bez Batmobilu. Poza tym wszystko się zgadza. Jest superbohater, jest jego przydupas, jest groźny czarny charakter z dziarami i zmienionym nazwiskiem, jest dramat głównego bohatera, żeby nie było płasko, jest ładna dziewczyna* do uratowania, jest seria efektownych wykończeń niekończącej się liczby zbirów. W zasadzie jeszcze tylko loga Castoramy brakuje Robertowi na koszulce.

*Nie będę czekał z wyjaśnieniem gwiazdki na sam dół recki, tu załatwię sprawę; widzę jednym okiem wiele opinii, że film był kiepski, bo za mało w nim było Chloe Grace Moretz. Dziwi mnie to. Też ją lubię, ale akurat uważam, że było jej w filmie za dużo o… całą w nim obecność. Po pierwsze nie była to jakaś nie wiadomo jaka rola wymagająca czegoś więcej niż jej odbębnienie, a po drugie Chloe ma naprawdę dziwną sylwetkę i w „slutty” ciuchach zamiast seksownie wygląda tak sobie. Trudno uwierzyć, że bogaci klienci się o nią zabijają. I trudno uwierzyć, że Chloe z tak dziwną lubością, kiedy tylko może, na siłę robi z siebie wulgarną lolitę.

Oprócz tego, że „Bez litości” jest filmem komiksowym, jest też filmem z gatunku „takenowatego”. Wyrazisty bohater staje w obliczu trudności, które wymagają użycia „zestawu specyficznych umiejętności”. Nie ma PG-13, więc może sobie pozwolić na krwawą rozpierduchę bez hamulców. Z jednej strony to bardzo fajne, ale z drugiej niebezpieczne. Niebezpieczne, bo widz wyobraża sobie wybitne sceny śmierci, prawdziwe mortalkombatowe fatality i wydawanie zadowolonych okrzyków „Japierdolę!”. I często te wyobrażenia nie idą w parze z tym, co na ekranie. Często wyższa kategoria wiekowa zostaje zmarnowana przez dość przeciętną rozpierduchę, a tu jeszcze doszła do głosu ambicja reżysera. Owszem, to fajne zobaczyć jak Robert bierze młotek, cięcie, odnosi go na miejsce wycierając z niego krew. Budzi się nasza wyobraźnia i dobrze. Ale przy kolejnym takim numerze pozostaje niedosyt. Wiemy, że nasz bohater jest przechujem, wiemy, że sobie efektownie poradzi – chcielibyśmy to, cholera, zobaczyć. Niestety, kilka takich okazji tu niewykorzystano.

Rozpisuję się o przemocy, zabójstwach, scenach śmierci i krwawej wendetcie nie bez powodu. Reżyserowi nie udało się bowiem odwrócić uwagi widza w przeciwnym kierunku na tyle mocno, żeby nie zwracał na to uwagi. A co za tym idzie, ma prawo ów widz poczuć się niezadowolony. Bo ani do końca nie był to film o dramacie głównego bohatera, ani o rozwalaniu oprychów. Utknął gdzieś pośrodku. I, jeśli mam być szczery (czemu miałbym nie być, standardowo głupia uwaga), mnie osobiście nawet lepiej oglądało się pierwszą połowę, przez wielu uznaną za nudną. Dla mnie nie była nudna. Owszem, bohaterowie snuli się, gadali, pili herbatkę, ale w pozytywny sposób. A gdy zaczęła się rozpierducha, w kilku miejscach przymknęło mi się oko, bo było już późno. Możliwe więc, że jakąś epicką śmierć przekimałem 😉 (sorry, współoglądacze, jeśli chrapnąłem), ale jeśli nie, to „Bez litości” nie ma co startować do takich filmów jak Law Abiding Citizen, czy Man on Fire. Zresztą, trudno dorównać do filmu o badgaju z bombą w dupie. Nie ma się co nawet starać. 7/10

(1781)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.