Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!
"The Killing" - fot. screen z Youtube
"The Killing" - fot. screen z Youtube

The Killing, s4

Na początek mały recap dla tych, którzy nie czytali tego, co pewnie już sto razy tutaj pisałem. Czyli w skrócie moje podejście do serialu. Zacząłem od duńskiego oryginału. Po czterech odcinkach stwierdziłem, że skoro ma być remake to obejrzę remake. Nie to, że oryginał był zły, ale miał odcinki dla mnie ciut za długie, no i męczyło mnie, że trzeba uważnie oglądać :). Duńskiego nie znam, nie mogę się choćby na chwilę odwrócić, bo zaraz czegoś nie załapię w dialogach. Ot, prozaiczny problem, który przy języku angielskim znika.

Wbrew zapowiedziom na plakacie, pierwszy amerykański sezon nie przyniósł odpowiedzi na podstawowe pytanie: kto zabił Rosie Larsen? Serial był niezły, ale nie na tyle, żebym w oczekiwaniu na odpowiedź zobaczył cały kolejny sezon. S2 opuściłem więc po połowie pierwszego odcinka, by nigdy do niego nie wrócić. Do serialu wróciłem dopiero przy sezonie numer 3 i byłem zachwycony. Nowa historia, znajomość poprzednich sezonów niepotrzebna, wciągająca fabuła osadzona w ponurym i deszczowym Seattle – tego serialowego sezonu lepszy od „The Killing” s3 był tylko finałowy sezon Breaking Bad.

I choć s3 bardzo mi się podobał, to otwarte zakończenie mnie nie zmartwiło. Mam wyobraźnię i nie waham się jej użyć – to wystarczyło, żeby nie narzekać na wiadomy wtedy z góry brak kolejnego sezonu. Jeśli nie za zbędny, uważałem go za niekonieczny. Co nie zmienia faktu, że wiadomość o odrodzonym po raz enty serialu przyjąłem z radością. Każdy sezon dobrego serialu jest mile widziany w obecnej serialowej posusze („posusze”?) i nawet do głowy by mi nie przyszło, żeby narzekać na pojawienie się s4.

Serial wrócił w nowej stacji i w nowej formule sześciu godzinnych odcinków kończących „The Killing” raz a dobrze. Nowością miało być w tym sezonie podejście do cenzury, a właściwie jej brak. Linden i Holder mogli sobie w końcu poprzeklinać, co zawsze dobrze robi dla wiarygodności serialu. Z innych zmian okazało się, że nawet w Seattle czasem świeci słońce.

S4 to bezpośrednia kontynuacja wątków z s3, która rozpoczyna się w momencie zakończenia poprzedniego sezonu. Co za tym idzie oglądanie go luzem nie ma żadnego sensu – 2/3 fabuły poświęcona jest temu, co już było. 1/3 wątkowi seryjnego zabójcy młodych dziewcząt, a 1/3 skomplikowanym relacjom rodzinnym dwójki głównych bohaterów, którzy próbują sobie poukładać wszystko, do czego wydaje im się nie są zdolni. Sarah jest samotna, Stephen ma zostać ojcem… Oboje uważają, że na to nie zasługują. Pozostała 1/3 to zupełnie nowa historia.

Oto w wypaśnym domu ze szkła i stali wymordowana zostaje cała rodzina. Ojciec, matka, dwie córki – masakrę przeżył tylko syn ciężko raniony w głowę. Śledztwo prowadzi do położonej nieopodal szkoły wojskowej, w której uczyła się niedoszła ofiara. Kto i dlaczego zabił? Na to pytanie będą musieli odpowiedzieć nasi bohaterowie.

Czwarty sezon nie jest tak dobry jak jego poprzednik. Właściwie jest o wiele słabszy, a wszystko co w nim dobre przeszło siłą rozpędu z poprzednich sezonów. Nowa sprawa, choć ciekawa, nie jest aż tak wciągająca i gdyby tylko ona stanowiła sedno serialu to pewnie nie wszyscy dotrwaliby do końca. Trochę zniknął klimat beznadziei, który królował wcześniej. Jak pisałem wyżej – wyszło nawet słońce, co wielu – łącznie ze mną – przyjęło ze zdziwieniem. Z zimnych i brudnych zaułków Seattle przenieśliśmy się do równie zimnej, ale już czystej, schludnej i sterylnej szkoły wojskowej i to nie wyszło sezonowi na dobre. Ot kolejny serial taki jak inne. I nawet nie chodzi o przerwy w dostawie deszczu – brakowało tego przygnębiającego dziadostwa, które czyniło poprzednią historię jeszcze bardziej dołującą, ale przez to ciekawą.

Kolejne sezony „The Killing” powstały właściwie tylko dzięki fanom i nie ma w tym nic dziwnego, że sezon finałowy jest tylko dla nich. Jeśli wcześniej nie oglądaliście TK to zaczynanie od s4 nie ma żadnego sensu. Nie polecałbym go zresztą nikomu, komu „The Killing” nie podobał się wcześniej. S4 to sezon głównie dla tych, którzy nie lubią niedopowiedzeń z dołączonym z konieczności nowym wątkiem. Najciekawsze w sezonie jest wobec tego to, co nie jest tym nowym wątkiem. Sezon wyraźnie odbiega od sensacji na korzyść pochylenia się nad psychologicznym pogłębieniem relacji dwójki głównych bohaterów, którzy są tu tak bardzo z krwi i kości, że trudno bardziej. W ostateczności to właśnie opowieść o nich, a nie o tym, że ktoś, gdzieś, kogoś zabił. Największy czarny charakter sezonu kryje się w nich samych i niektórych może to nudzić.

Na pewno fajnie było jeszcze raz – już na pewno ostatni – pooglądać przygody niesympatycznie sympatycznej dwójki policjantów i wobec tego narzekać na co nie ma. Wszystkie wątki zostały zamknięte, na wszystkie pytania udzielono odpowiedzi i nie zostawiono miejsca na wyobraźnię. Ale s4 nie ma co nawet startować do świetnego s3.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.