Słodko-gorzkie życie [Dalkomhan Insaeng aka A Bittersweet Life]

Chciałem napisać reckę powyższego filmu, ale mi się odechciało, bo wlazłem niepotrzebnie na Filmweb, żeby poczytać co tam za głupoty wypisują o filmie. I widzę jakieś interpretacje tego, co twórca miał na myśli, analizy filmu i tego o co w nim cho. A ja go obejrzałem i nie miałem żadnej analizy i interpretacji, myślałem, że nie trzeba…

Hmm.

Zwlekałem z seansem latami. Sam nie wiem czemu. To jeden z ostatnich zaległych tytułów z mojej nieistniejącej listy najgłośniejszego koreańskiego kina ostatnich lat (lista nie obejmuje zbyt ambitnych reżyserów pokroju Wonga Kar-Waia). Leżał sobie i czekał na moje zlitowanie aż w końcu wczoraj wieczorem się doczekał.

Nie ma co ukrywać, Kim Jee-woon nie należy do moich ulubionych koreańskich reżyserów, a po jego filmach w zasadzie nie wiem, czego się spodziewać. Każdy głośny, każdy zachwalany i każdy odbierany przeze mnie inaczej. Od zachwytu nad Opowieścią o dwóch siostrach po znudzenie Ujrzałem diabła. I zawód amerykańskim debiutem Likwidatorem, ale tego nie liczę, bo filmy, których reżyserami są producenci się… nie liczą.

I tylko jednej sprawy przed seansem filmów Kima (Jee-woona? Nigdy nie wiem, które to nazwisko) mogę być pewnym – tego, że świetnie się to będzie oglądało. Bo to filmy znakomicie wyreżyserowane i znakomicie sfotografowane. Nie inaczej jest w przypadku „Słodko-gorzkiego”. Może całkowicie nie wpasował się w moje gusta i momentami trochę znudził (by potem wynagrodzić), ale, ludzie, jak to się ogląda! Majstersztyk.

Jako że już wiadomo, że nie wysiliłem się na żadną interperetację, to można się domyślić, że przyjąłem film takim, jaki się powierzchownie wydaje (ale cieszę się, że jest tam co do interpretowania, może kiedyś uważniej nad nim przysiądę – warto dla samej przyjemności z mistrzowsko zrealizowanego filmu). A powierzchownie wydaje się być produkcją, którą mógłby nakręcić John Woo, gdyby był Koreańczykiem. Gangsterzy w garniakach, pistolety, rzewna muzyka orkiestrowa, epickie inscenizacje, krew na ścianach – czyli to, co tygryski lubia najbardziej. I na tym się skupiły, bo seans był już mocno po północy i mózg nie pracował jak należy.

Bohaterem filmu jest gangster-samotnik, który od swojego szefa otrzymuje zlecenie śledzenia jego młodej dziewczyny. A o tym, że takie zlecenia nigdy dobrze się nie kończą – wiadomo.

Piękna rzecz do oglądania, do wsiąknięcia w historię już nie tak bardzo. Mogą razić utrzymane w lżejszym, prawie komediowym tonie wstawki, a i tempo filmu nie rozpieszcza. Możliwe też, że niektórych filmów nie powinienem oglądać zerkając od czasu do czasu na smartfon. Tak, myślę, że to główny problem tego filmu :), który i tak bez problemu dostaje ode mnie 8/10.

(1764)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.