Szukając Vivian Maier [Finding Vivian Maier]

Ostatnie dni to bardzo dobry okres dla mojej listy Do obejrzenia. Ciągle o niej wspominam, ale nie tylko dlatego, żeby linkować ją i przy okazji Q-Fejsa. Ale też po to, żeby potwierdzić, że jej założenie było strzałem w dziesiątkę. Jak na razie trafiają na nią przeważnie filmy – okazuje się potem – bardzo dobre (są wyjątki, ale niewiele), ale nie to jest jej głównym plusem. W końcu bowiem mam na co czekać i nie muszę się zastanawiać nad tym, co oglądać, gdy na powierzchni pojawi się jakiś film z listy. Jest – oglądam.

Wypada przypomnieć kryteria, które powodują, że filmy tam w ogóle lądują. Nie ma ich wiele. Podstawą jest intrygujący trailer, bądź fajna festiwalowa recenzja, no i to, że dany film nie należy do tzw. mainstreamu. W związku z tym lecą na nią filmy niezależne, zagraniczne, mało znane, o których bym zapomniał bez zapisywania. Bo do tej pory wpadałem na nie, ale zanim się pojawiły w całości to parowały mi z pamięci. A teraz nie ma z tym problemu, wszystko zapisane, nie zginie.

Dlatego narcystycznie zachęcam Was do korzystania z tej listy, bo naprawdę są na niej perełki. A także były, bo znikają, gdy już jakiś tytuł obejrzę. Planuję coś z tym zrobić i stworzyć osobną listę „Obejrzane Do obejrzenia”, tylko jeszcze nie wiem jak. Wolałbym w jakimś dostępnym od razu miejscu na Q-Blogu i szczerze liczę na to, że nowe zmiany na Bloksie umożliwią mi taki sposób. Bo mają być. Rewolucyjne. Zobaczymy. Liczyłaby się z tym zmiana layoutu, ale może już czas skoro niedługo stuknie Q-Blogowi dziesiąta rocznica.

No ale odbiegam od tematu, a przecież miałem pisać o kolejnym filmie z ww. listy. Tym razem o „Szukając Vivian Maier”.

To jeden z tych filmów, który natychmiast przykuwa uwagę trailerem. Po jego zobaczeniu nie pojawiły się żadne wątpliwości co do mojej ochoty na seans. Po jakimś czasie okazało się, że nie ja jeden mam taką ochotę, a do mojego towarzystwa dołączył Gutek Film, który ów tytuł do Polski sprowadził. Super, bo naprawdę rzadko można w kinie zobaczyć fajny dokument. A już zdaje się od tego weekendu będzie można to zrobić – ja załapałem się na tajny pokaz specjalny. Tak tajny, że prowadzący zdziwili się, że trafił na niego ktoś bez zaproszenia, ale to zupełnie inna bajka.

Czy warto wybrać się do kina? Cóż, no warto, warto, bo, jak już pisałem, rzadko dobry dokument trafia do naszych kin. Ale skłamałbym, gdybym napisał, że sprostał moim oczekiwaniom. Może były za duże? No może – w każdym razie nie zrobił na mnie takiego wrażenia, jak inne dokumenty, o których tu na przestrzeni ostatnich miesięcy pisałem. Co nie zmienia faktu, że jest naprawdę dobrym i ciekawym filmem. Ciekawym filmem.

Historia Vivian nieprzypadkowo porównywana jest z historią Sugar Mana. Przypadkowo odnalezione fotografie tytułowej niani szybko okazały się fenomenem na skalę światową. Nowojorska ulica z lat 50. 60. i dalej uwieczniana na kliszy przez Vivian zachwyciła wielu specjalistów, a najbardziej osobę, która na nie po raz pierwszy zwróciła uwagę. I właśnie ta osoba postanowiła rozpocząć prywatne śledztwo w celu odpowiedzi na pytanie: kim tak naprawdę i jaka była Vivian Maier? Pytanie trudne do odpowiedzenia, bo jeśli wierzyć autorowi filmu (i Tej Osobie w jednym) pierwsze poszukiwania na Google nie przyniosły żadnych skutków.

No ale krok po kroczku udało się dowiedzieć więcej i my dzięki filmowi możemy śledzić wyniki misternych poszukiwań sięgających hen aż do Francji. Poznajemy ludzi, którzy znali Vivian i którzy – często zaprzeczając jeden drugiemu – opowiadają o tajemniczej kobiecie, która nie rozstawała się z aparatem fotograficznym.

Powstaje z tego fascynująca opowieść, która jednak w trakcie jej snucia przestaje wciągać tak bardzo jak na początku. Gdy już opatrzą nam się najlepsze zdjęcia autorki i nie pozostaje właściwie żadna tajemnica do odkrycia, film zaczyna uderzać w nieco nudniejsze tony. I nie przynosi wszystkich oczekiwanych odpowiedzi. Głównie dlatego, że nie sposób ich udzielić. Nie zmienia to faktu, że ja nie dowiedziałem się w 100% czy Vivian była genialnym fotografem, czy tylko udało jej się zrobić kilkadziesiąt genialnych zdjęć. Kropla w morzu fotek idących w dziesiątki tysięcy.

Porównania z „Sugar Manem”, choć zasadnego, FVV nie wytrzymuje. Głównie dlatego, że bohater tego pierwszego doczekał swojej sławy. A to otworzyło przed dokumentalistami ścieżki niedostępne dla twórców FVV. I choć film cały czas balansował na granicy ósemki, to jednak o dwa za dużo ziewnięcia spowodowały 7/10.

(1734)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.