Mundial. Gra o wszystko

Mój czarny koń tegoweekendowego kinowego repertuaru okazał się filmem… niespieprzonym. To dużo, bo polscy dokumentaliści potrafią spieprzyć proste wydawałoby się rzeczy i z fajnego seansu wychodzi klops. Tym razem klopsa nie było, a wczesne popołudnie spędzone w mikroskopijnej sali kinowej (z mikroskopijną colą – w Kinotece na poważnie wzięli sobie do serca określenie „mała cola”) było przyjemne. Choć, nie przeczę, nie tak przyjemne, jak się tego optymistycznie spodziewałem.

Temat tego filmu to samograj. Dobry temat filmu dokumentalnego to podstawa, a z dobrą podstawą ciężko coś potem po drodze zepsuć. Może wyjść co najwyżej kiepski film, ale wciąż z ciekawą historią. Na całym świecie z takich dobrych tematów potrafią wyciskać ostatnie soki i emocje, stąd raczej naprawdę trudno znaleźć koszmarnie słaby film dokumentalny, a przynajmniej ja na takie nie trafiam. A przecież oglądam dużo dokumentów (być może chodzi też o to, że gdy ma się słaby temat, to nie ma co zaczynać zdjęć w ogóle). Reżyser powyższego wstydzić się nie musi, zrobił solidną robotę.

Oto po skandalu na Okęciu z pracy z kadrą rezygnuje Ryszard Kulesza. Reprezentację obejmuje Antoni Piechniczek i rozpoczyna batalię o mistrzostwa świata w piłce nożnej w Hiszpanii. W międzyczasie w Polsce zostaje ogłoszony stan wojenny, a aktywni działacze Solidarności zostają internowani. I tak przez cały film plączą się ze sobą historia mundialu oraz historia opozycjonistów.

Nie mam wątpliwości, że z takiej historii w Stanach powstałoby monumentalne dzieło, bo jest tu w zasadzie wszystko. Wojna, piłka nożna, bohaterowie, zdrajcy, represje, wzloty, upadki, niespodziewane sukcesy i zwroty akcji. Ale tam mają całe lata doświadczeń w reżyserowaniu podobnych dokumentów i fabuł. Trudno więc oczekiwać, że jeden z niewielu w ogóle na przestrzeni ostatnich lat (o ile nie jedyny*) polski film dokumentalny, jaki trafia do kin od razu wzniesie się na wyżyny sztuki dokumentalnej. I nie dziwi, że się nie wznosi. Ale mimo to zobaczyć go warto… choć raczej w telewizji.

„Mundial” to bardzo poprawny film „na miarę naszych możliwości”. Ciekawa historia jaką opowiada jeszcze ciekawsza pewnie będzie dla tych, którzy nie znają szczegółów albo i wcale nie wiedzą, jak potoczyły się dla nas MŚ’82 i jakie napięcia w kraju im towarzyszyły. Tym, których nic tu nie zaskoczy odpada ten argument, ale i tak ciekawie się ogląda wspomnienia ludzi, którzy tworzyli tę historię. Szczególnie że życie, jak to życie, pisze najlepsze scenariusze i gdy w punkcie kulminacyjnym możemy grać o półfinał z kimkolwiek, to oczywiście trafiamy na ZSRR. Scenarzysta by po łapach dostał, ze to nierealne.

Siłą „Mundialu” są bardzo ciekawe zdjęcia archiwalne ze zgrupowań kadry przed MŚ itp. Siedzę w temacie dość mocno (a teraz to bardziej już siedziałem), ale nie znałem sporej liczby tych nagrań. Na wysokości zadania stanęli również animatorzy, który ciekawymi rysunkami zilustrowali to, co żadnych archiwaliów nie posiada. Pod względem realizacji nie ma na co narzekać (*a nie, był przecież niedawno inny sportowy dokument w kinach – Będziesz legendą, człowieku – teraz mi się przypomniało kiedy wspomniałem o tych animacjach, bo w nim były koszmarnie artystyczne), choć przynajmniej połowa filmu to tzw. „gadające głowy”.

Czego brakuje? Paradoksalnie ciekawych i krwistych anegdotek (chyba tylko Zbigniew Boniek daje radę). Na pewno można by takich wygrzebać multum, a tymczasem często ma się wrażenie, że opowiada nam się jakieś pierdoły bez pieprzu. Szczególnie słabo na tym polu wyglądają opozycjoniści, którzy nie mają za wiele ciekawego do powiedzenia. Nie zdziwiłbym się, gdyby raczej stali się ofiarami podśmiechujek widzów niż podziwu. Graliśmy w siatkę, pędziliśmy bimber i oglądaliśmy mundial. A tak, trochę tęskniliśmy za rodzinami. Sądzę, że nie było tak kolorowo, jak to zostało przedstawione w filmie. Bo żadnej grozy ich sytuacji nie sposób tu dostrzec.

Za parę dni ruszają MŚ w Brazylii. Nas na nich nie ma. Tym trudniej ogląda się „Mundial” ze świadomością, że za chwilę nie będziemy uczestnikami podobnych, choć zupełnie już sportowych, emocji. Ale i tym łatwiej dzięki temu przeżyć tamto gorące lato jeszcze raz (dla wielu pewnie pierwszy raz; dla mnie w sumie też). A na obowiązkowy seans powinni wybrać się obecni kadrowicze i zobaczyć, że kiedyś Polacy też potrafili grać w tę prostą grę, jaką jest piłka nożna. I to jak! Większość ich akcji i bramek pokazanych w filmie to prawdziwa maestria nieosiągalna dla dzisiejszych kopaczy znad Wisły. Nic dziwnego, że nawet dokument słaby o nich powstał („Będziesz…”). A dla „Mundialu”: 7/10

(1740)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.