24, 9×01-02

Fan to dziwna istota. Zaczyna narzekać, gdy poziom jego ulubionego serialu zaczyna pikować, krzyczy, żeby nie przedłużać sztucznie życia serii do fafnastu sezonów itd., a mimo to, gdy przychodzi czas definitywnego pożegnania się z tytułem pojawia się jakaś nostalgia i tęsknota. Myśl o tym, że przyjdzie taki w którym nie zasiądzie przed ekranem i nie powkurza się na to, jak wszystko koncertowo spieprzyli. I myśli sobie: „a co tam! wkurzają, ale obejrzałoby się jeszcze, choćby to słabe miało być”. Z jednej strony doskonale rozumie, że sztuką jest odejść niepokonanym, a z drugiej myśl o szukaniu nowego ulubionego serialu napawa go strachem. Szczególnie teraz, gdy straszy serialowa posucha.

Historia z „24” właściwie doskonale pasuje do opisanej wyżej sytuacji. Oto serial, z którym od szóstego sezonu zaczęło być coś nie tak, na siłę podtrzymywany przy życiu jeszcze przez trzy sezony, w końcu musiał zejść z anteny. Z jednej strony nie było sensu dalszej kontynuacji i odcinania kuponów, a dodatkowo z drugiej Kieferowi Sutherlandowi zaczęło przeszkadzać, że pierwsze co większości przychodziło na myśl na jego widok to było: „Jack Bauer”. Dzisiaj trudno w to uwierzyć, ale miał Kiefer przed „24” całkiem inne życie, w którym radził sobie bardzo dobrze na wielkim ekranie, można powiedzieć, że nawet był gwiazdą. I zapragnęło mu się powrócić do tego dawnego życia, co zapewne ostatecznie uśmierciło „24”.

Ale nie uśmierciło samego Jacka Bauera, choć wiele mówiło się o takim właśnie rozwiązaniu serii (co zresztą akurat też w niczym by nie przeszkodziło, czego najlepszym przykładem Tony Almeida). Definitywny koniec przecież nigdy nie jest definitywnym końcem, gdy Lincoln, Sucre, Sara i Mahone nie stoją nad twoim grobem. Z tego też powodu nigdy nie miałem wątpliwości, że jeszcze kiedyś się z „24” spotkamy, a pewność tę podsycił fakt, że Kiefer przejechał się na swoim Wielkim Powrocie niczym Małgorzata Pieńkowska z „M jak Miłość”. Tak silnie kojarzony z jedną rolą już chyba zawsze będzie jej niewolnikiem i wobec tego pozostaje jedno tylko wyjście. Zamiast się na to wściekać, trzeba się pogodzić. Pogodzić i wrócić. Tak też zrobiono, wpierw myśląc o filmie kinowym, a ostatecznie zostając przy półsezonowym sezonie (12 odcinków).

Trudno nie poczuć się fajnie znów widząc znajomą zegarową czcionkę, słysząc znajome pikanie, Kefira ogłaszającego, że wydarzenia dzieją się w czasie rzeczywistym – pierwsze minuty nowego sezonu to miłe spotkanie z dawno niewidzianym przyjacielem. Przyjacielem, który zmienił serial telewizyjny raz na zawsze. Ale co potem?

Terenowy oddział CIA w Londynie wpada na trop poszukiwanego oprycha. Zasadzka kończy się sukcesem – oprych zostaje złapany i okazuje się, że to Zdrajca Narodu, Jack Bauer. Bauer nic nie mówi, patrzy zaciętym wzrokiem przed siebie i wyraźnie ma jakiś plan. Jaki? Dowiemy się już niebawem.

Skłamałbym, gdybym teraz napisał, że dziewiąty sezon zapowiada się wystrzałowo. Wydawać by się mogło, że kilkuletnia przerwa w nadawaniu to czas wystarczający do tego, żeby pozbyć się 24-godzinnej rutyny i stworzyć coś świeżego, zaskakującego, choć nadal ściśniętego w charakterystyczne ramy konwencji, której „24” był prekursorem. Zamiast tego okazuje się raczej, że świat nie jest aż tak strasznym miejscem, w którym czekają na nas niezliczone niebezpieczeństwa. Nic takiego, tych niebezpieczeństw jest ograniczona liczba, co w przypadku „24” konkretnie ogranicza się do zamachu na kogoś, czy zagrożenia terrorystycznego na dużą skalę. Przerabialiśmy to wszystko już w poprzednich sezonach i teraz przerobimy zdaje się raz jeszcze. Czego więc brakowało mi w dwugodzinnej premierze najbardziej? Jakiegoś konkretnego zagrożenia, którym mógłbym się emocjonować. Jak już mamy się powtarzać to puśćmy na dzień dobry atomówkę na Liverpool i zagroźmy kolejnymi atakami. Planowany zamach na prezydenta Hellera to w porównaniu z atomówką raczej ziew.

Nie zrozumcie mnie źle, premiera nowego sezonu „24” to sprawnie napisany i rozegrany serial akcji, w którym wracają do nas wszyscy znani bohaterowie, którzy dożyli tego sezonu (a łatwo nie było, bo w „24” bohaterowie padają niczym ci z „Gry o tron”). Dzieje się wiele, konwencja serialu dodaje mu tempa i cały czas mamy złudzenie, że akcja prze do przodu nawet, gdy gadają. Ale wszystko to nie budzi większych emocji, niczym chirurgicznie zaplanowany przez fachowców odcinek dopracowany do granic telewizyjnych możliwości, ale i chłodno skalkulowany według przerobionej już na każdą stronę recepty. To za mało, żeby się zachwycać.

Kiefer w roli Jacka Bauera daje radę, bez koszulki prezentuje się znakomicie, a i szybko wkracza do akcji zabijając wrogów już samą tylko pewnością siebie. Trochę było mi go tu jednak za mało, a charakterystyczny uśmieszek, który zawsze towarzyszy mi przy jego bauerowych akcjach („Wiem, myślisz, że macie przewagę, ale uwierz mi, jesteś w błędzie”) pojawił się tylko dwa razy przez całe osiemdziesiąt parę minut. Do poprawki! Jak Bauer będzie Bauerem przez choć połowę każdego następnego odcinka to fabuła niepotrzebna :).

A póki co wydaje mi się, że ten powrót „24” jest tylko jednorazowy. Ale i to dobrze. Wolę oglądać niezły serial, który lubię niż niezły serial, na który potrzeba czasu, żeby się do niego przekonać. 

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.