Zulu

W przypadku filmów naprawdę często niewiele potrzeba mi do szczęścia. Komedia ma być śmieszna, horror straszny, a film sensacyjny mocny. Jeśli umiesz mnie rozbawić klozetowym żartem, to nie będę na niego narzekał, że się pojawił w twojej komedii (choć to trudne). Jeśli nie będziesz kombinował jak koń pod górę tylko w slasherze zbierzesz grupę piętnastu osób, które efektownie zginą, to nie będę narzekał, że widzieliśmy to już w zylionie podobnych filmów. Jeśli bohater twojego filmu się wkurwi i zamiast „O rany!” krzyczy „Kurwa!” – niespodzianka, też przyjmę to z zadowoleniem.

Właśnie dlatego ludzie nie lubią PG-13.

I też dlatego lubię filmy koreańskie, bo jak pisałem niedawno – one niczego nie udają. Jeśli w komedii pojawia się seryjny morderca to zabija jak seryjny morderca. Bo tacy są zwykle seryjni mordercy, że lubią odciąć nos i schować go do portfela. Amerykanie by to sprytnie obeszli, Koreańczycy nie muszą. Powtórzę się: jeśli coś powinno się znaleźć w jakimś ich filmie, to na pewno się znajdzie.

Piszę o tym wszystkim, bo „Zulu” jest przykładem właśnie takiego kina, w którym wszystko jest tam, gdzie być powinno. Wchodzisz do klubu z rurką to tańczą w nim nagie panny. Nie ubrane w bikini po szyję, bo to by wtedy nie był już klub z rurką (trochę wychwalam ponad miarę, bo jednak nagość była w „Zulu” dopiero w szatni; niemniej jednak chodzi o pewien mechanizm). To samo, gdy uzbrajasz czarnego bohatera w maczetę. To on nie powinien dłubać ją w nosie, tylko używać tak, jak to zgodne z manualem. A jak nie umie, to niech się krakowskich widzów zapyta jak.

To właśnie ten rodzaj szczerości, który lubię. Maczeta nie jest po to, że to cool, że oprych ma maczetę, ale po to, żeby odcinała kończyny. Fuck PG-13.

I jeśli film jest właśnie tak szczery, to potrafię wybaczyć mu wiele. Oczywiście dobrze jeszcze, żeby to wszystko znalazło się w filmie nie po to, żeby być, ale po to, żeby pełnić jakiś większy cel. Bo bezmyślne okrucieństwo czy gołe cycki są bez sensu. Wróć. Bezmyślne okrucieństwo jest bez sensu.

Wybaczam więc, że Orlando Bloom w tym filmie to spora pomyłka castingowa, jak i wybaczam całkowite znikanie w nicość wątków jak ten z chorą na raka dziewczyną (żoną?) gliniarza. Wybaczam, bo plusy „Zulu” zasłaniają minusy skutecznie. Jest w tym filmie wszystko to, co powinno być w dobrej, krwistej sensacji, jakie znamy z lat 80. Gliniarze klną, gdy trzeba, zabijają, gdy trzeba, dążą do celu niezależnie od wszystkiego. A za to wszystko płacą cenę. Prawdziwą, a nie chwilę grozy z udziałem porwanego kotka.

Mało dzisiaj było o samym filmie, ale może właśnie wcale że nie… 8/10. RPA. Policjanci prowadzący sprawę śmierci młodej dziewczyny trafiają na zupełnie niespodziewany trop. Od tej pory akcja pogna do przodu zadupiami Kapsztadu i śmiertelnie groźnymi malowniczymi plażami. A wszystko to sfotografowane jest tak ładnie, że aż przyjemnie patrzeć. To ten rodzaj jaskrawego obrazu, który zawstydza wszelkie 3D i inne technologiczne pierdy. Chyba powoli czas przepraszać się z francuskim kinem. Najpierw dobre Blood Ties, a teraz to. Czekam na więcej.

(1724)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.