Stage Fright

Bez wątpienia jeden z ciekawszych filmów, jaki przewinął się przed moimi oczami w ostatnich dniach. Zajawiałem go już jakiś czas temu w Prevuesach, wyrażając przy okazji pewną wątpliwość, na szczęście okazało się, że nie miała ona racji bytu. Jeśli pamiętacie to trudno, jeśli nie, to nie sprawdzajcie, bo to mimo wszystko lekki spoiler.

Jeśli myśleliście, że już wszystkie gatunki filmowe zostały wymyślone, to… oczywiście macie rację, ale zostało jeszcze parę dziwnych połączeń międzygatunkowych do wykorzystania. „Stage Fright” wykorzystuje jedno z takich połączeń – prawdopodobnie nigdy wcześniej niewykorzystane, a przynajmniej mnie żaden inny przykład do głowy nie przychodzi. Oto zmiksowano ze sobą musical z… kinem giallo. Intrygujące, nie? A przy okazji przepis na totalny niewypał. Ale skąd.

Oto młode rodzeństwo niespodziewanie musi stawić czoła traumie, jaką jest śmierci ich matki. Divy musicalowej, która w dniu swojego największego sukcesu zostaje brutalnie zamordowana przez mordercę ubranego w maskę – rekwizyt z wystawianego właśnie premierowego musicalu. Mijają lata. Nasze rodzeństwo pomaga swojemu ojczymowi w prowadzeniu letniej szkoły dla młodych talentów, dla których musical jest całym światem. Ojczym podejmuje się powtórki z rozrywki – na koniec semestru zamierza ponownie wystawić musical, w którym zginęła matka naszego rodzeństwa. Dorosła już córka wpada na pomysł ubiegania się o rolę graną wcześniej przez matkę…

Połączenie dwóch odmiennych filmowych światów udało się bardzo dobrze dając niezbyt skomplikowany i z pewnością niezbyt zaskakujący w fabule film, który broni się odważnym pomysłem i fajną realizacją automatycznie kojarzącą się ze starymi dobrymi filmami z ulubionej przez nas ery. Przyjemność z oglądania przewyższa niedoróbki, nad którymi nie zamierzam się pochylać. Nie jest to wielkie kino z dużymi ambicjami, ale jego reżyser (to pełnometrażowy debiut Jerome’a Sable’a, którego kolejne dziełko już wkrótce będziemy mogli podziwiać w sequelu najbardziej porytego filmu zeszłego roku – „ABCs of Death 2”) z pewnością zna się na swojej robocie, a i na liczniku ma na pewno nawinięte dziesiątki slasherów.

Jak przystało na soczyste giallo – zamaskowany na biało morderca ze zdeformowanym głosem poluje tu na swoje ofiary ostrym nożem, z którego potrafi zrobić użytek. Krew się leje strumieniami, a finałowemu przedstawieniu nie brakuje tempa i uroku starych komedii typu… Noises Off. Bo filmowi blisko oczywiście gore komedii – podjęciu tego tematu na poważnie nie wróżyłbym sukcesu.

Jego musicalowej części również nic nie brakuje, a hity ze ścieżki dźwiękowej obok młodych aktorów wyśpiewują Minnie Driver i Meat Loaf. To naprawdę melodyjne kawałki, które szybko wpadają w ucho.

Tym sposobem powstał po prostu uroczy i skromny film z konkretnym pomysłem na siebie. Który pewnie nie wszystkim przypadnie do gustu, ale to będzie już wina tego gustu 😉 i niewłaściwych oczekiwań. Bo jasno wiadomo, czego się spodziewać. 8/10

(1723)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.