Niesamowity Spider-Man 2 [The Amazing Spider-Man 2]

Zdaje się, że magia IMAX-a przestaje na mnie działać. A właściwie to chyba już dawno przestała. Pierwsza wizyta to było coś. Szczególnie przy imaksowych wstawkach w drugim Batmanie, kiedy obraz zajmował cały ekran. A potem – jak dużo rzeczy – wielgaśny ekran spowszedniał. Właściwie to nie zauważam już nawet, żeby był jakiś tam szczególnie ogromny. Płótno jest, co z tego skoro zajęte w 2/3.

Piszę o tym, bo chyba nie widzę żadnego powodu, dla którego trzeba by było iść na drugiego Spajdka właśnie tam. Ja byłem, ale dodatkowej przyjemności żadnej z tego raczej nie miałem. Nie mówię, że jakość 3D była równa kapitanoamerykańskiej itp., czyli żadna, ani nie narzekam 😉 – po prostu stwierdzam fakt. Zwyczajnie nie wiem, czy poza paroma przedmiotami lecącymi na mnie z ekranu był tam potrzebny trzeci wymiar. I czy fakt obejrzenia filmu w IMAX-ie cokolwiek poprawił. Może jedynie to, że wielki ekran był pewny, a w multipleksach to nigdy nie wiadomo, na jakiego rozmiaru ekran cię wepchają. A przynajmniej z grubsza nie wiadomo.

Od razu 😉 mówię, że druga część przygód Spider-Mana mnie nie porwała i bardzo często na niej ziewałem. Może to marna ocena jakości filmu, ale na pewno miarodajna. Podczas gdy jedynka (również w IMAX-ie) upłynęła mi bardzo przyjemnie, to niestety o kontynuacji nie mogę powiedzieć tego samego.

Najbardziej zabrakło spodziewanego widowiska. Sceny akcji, owszem spektakularne, za często przerywane były ględzeniem o niczym specjalnie porywającym. Nawalankę zostawiono w tle, a na plan pierwszy wyszły relacje pomiędzy głównymi bohaterami filmu, które zaciekawiłyby pewnie bardziej tych, którzy dobrze znają komiksowy pierwowzór i od razu łapią kto, co i dlaczego. Widz pozbawiony tej wiedzy wystawiony jest na ciężką próbę, a nie daj Boże, gdy jeszcze kołaczą mu się po głowie wspomnienia pierwszej trylogii z Tobeyem… Nie wiadomo już co było gdzie i czy ten i ów był w reboocie, czy jeszcze go nie było, ale był we wcześniejszych filmach. Zdaje się, że po prostu nie jestem zwolennikiem takich kontynuacji, które wymagają dobrej znajomości części poprzedniej. Specjalnie to robią, żeby kupić dvd? Nie mogliby streścić na dzień dobry? Coraz częściej bez seansu przypominkowego poprzednika nie sposób się do końca cieszyć. A kiedy na to czas znaleźć, kiedy czeka tyle nowych filmów do obejrzenia?

Za dużo myślenia to w takim kinie niedobrze. Po prostu. Oczywiście nie jest to jakiś wielce skomplikowany dramat, w którym odwrócisz się na sekundę i nic nie kumasz. Ale na pewno mózgu wyłączyć się całkiem nie da.

A na dodatek – wg mnie największa wada dwójki – całość sprawia wrażenie przydługiego preludium do kolejnej części. Jak gdyby wszystko co ważne miało dopiero przyjść. Takie środkowe części trylogii rzadziej wytrzymują jako osobny film, a nie część całości. A w sumie nawet nie wiem, czy tego Spajdeja nie ma być więcej niż tylko standardowe trzy „odcinki”. Jeśli tak, to jednak dobrze by było, gdyby kolejne odsłony sprawdzały się jako osobny film. Tego bym sobie życzył.

I dowcipnego scenarzysty, bo dwójce zabrakło humoru. Ja wiem, że to ma być poważniejsza odsłona przygód pajęczaka, ale okazji na żarty nie brakło. I trochę ich było, co z tego skoro były to żarty raczej bez polotu.

To co? Było coś dobrego w ogóle? 😛 Było. Ba, trafiła się tu jedna świetna rzecz, czyli muzyka autorstwa Hansa Zimmera. Wyjątkowo udana i porywająca od pierwszych taktów towarzyszących pierwszej akcji Spajdeja. Udana, porywająca i różnorodna. Choćby dla niej warto iść do kina, żeby posłuchać w odpowiednim brzmieniu.

Nie przeszkadzał też – a jego obawiałem się najbardziej – Jamie Foxx. Głównie dlatego, że nie było go za dużo, bo i na więcej nie zasługiwał. Kolejny źle potraktowany geniusz z nagłym przypływem powera. Ziew. Z drugiej strony, wiadomo, cudów nie sposób wymyślić i dlatego nie ma co zatrzymywać się przy tym na dłużej. Ktoś musiał Spajdejowi trochę czasu zająć, zanim przejdzie do konkretniejszego wroga. Niestety przejdzie, ale w następnej części dopiero. Tu go tylko napoczął. A w niej zdaje się zbiorowisko badgajów, ale… No następne ale, wiem. Znowu jakieś popierdóły te badgaje. Rhino przekombinowany, nie mówiąc już o Vulture’rze (jakże to się odmienia) zapowiedzianym skrzydłami na ścianie. Z lektury komiksów zapadł mi w pamięci jako najgorszy badgaj ever. Kto oprócz nich, nie wiem. Wiem tyle, ile się sam domyśliłem. (EDIT:Zapomłem o najbardziej oczywistym Otopusie)

Ach, jeszcze jeden plus – bardzo wczesne cameo Stana Lee. Chyba najwcześniejsze do tej pory? Miło, że załatwili to od razu i nie trzeba było czekać.

Siódemkę dam ze względu na zakończenie. Szkoda, że je znałem, bo bym się trochę zdziwił. Ale to już nie jest wina filmu. 7/10.

(1730)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.