"Goliyon Ki Raasleela Ram-Leela" - fot. screen z Youtube
"Goliyon Ki Raasleela Ram-Leela" - fot. screen z Youtube

Goliyon Ki Raasleela Ram-Leela

Obecność w Warszawie gwiazdora bollywoodzkiego kina – Salmana Khana – to dobry punkt wyjścia do obejrzenia co tam nowego powstało w państwie indyjskim. Leciutko jestem już z bollywoodami w plecy, ale żeby za nimi nadążyć, to by trzeba nic nie robić tylko oglądać. Inna sprawa, że ostatnio nie było tam wiele ciekawego do obejrzenia lub wpadałem na miny. Co nie zmienia faktu, że moim skromnym zdaniem Bollywood nie zasługuje na falę kpiny, jaka przy okazji wizyty Salmana i kręcenia tu jego najnowszego filmu (niestety wiele wskazuje na to, że Warszawa tylko udaje Londyn, a Pałac Kultury i Nauki Big Bena… S, ja też NMSP 😉 ) przetacza się po naszych medyjkach. Bo u nas to albo nie pisze się o Bollywoodzie albo się pisze kpiarsko. A weźmy film, o którym dwa słowa dzisiaj – zarobił on na ten przykład na całym świecie grubo ponad 30 mln. $ (słownie: grubo ponad trzydzieści milionów dolarów). No dalej polska kinematografio, zrób tak. I potem sobie możesz kpić.

Prawda jest taka, że pod względem czysto filmowym indyjscy twórcy biją naszych wyrobników na głowę. Owszem, kręcą najczęściej infantylne rzeczy, ale tylko dlatego, że tego wymaga od nich miejscowa publika. Inna sprawa, że ja akurat wolę te infantylne filmy, bo mają swój niepowtarzalny indyjski styl. Wiejskie tańce w sari i takie tam. Odkąd Bollywood masowo zaczęło chodzić do dyskoteki i kręcić na zachodnią modłę w wielkich aglomeracjach wśród indi-lemingów – straciło dla mnie swój urok. A i chyba w ogóle gorzej na tym wyszło, bo boom na Bollywood zmalał w porównaniu do tego, co było jeszcze parę lat temu. Moim skromnym zdaniem to wina tego właśnie zzachodnienia produkcji. Powtarzam to często i powtórzę jeszcze raz: jeśli chcę obejrzeć dobre zachodnie kino, to oglądam dobre zachodnie kino, a nie indyjskie podróbki blockbusterów. Indie były dla mnie atrakcyjne w tym wydaniu wiejskim, zacofanym, poukładanym wedle sięgających kilku wieków tradycji.

Piszę o tym głównie dlatego, że „Ram-Leela” to na szczęście takie bollywoodzkie kino, jakie lubię. Długo go szukałem i trafić na niego nie mogłem. Jedno z głównych kryteriów poszukiwań: fajne (subiektywnie) piosenki. Kiedyś szukaliśmy z Aśkiem jakichś nowych hitów i znaleźliśmy zylion piosenek, które były podobne jedna do drugiej, ale żadna z nich nie była fajna (jak na ironię najfajniejsze piosenki są w filmach kolesia, który przeważnie gra w dennych filmach). Tu na szczęście nie ma tego problemu i żadnego kawałka nie przewinęliśmy. Nie dość, że wpadły w ucho to jeszcze zrealizowane zostały na bogato. Tak na bogato, że bardziej się już chyba nie da.

Ale w ogóle cały film jest zrealizowany na bogato! Pod względem oszałamiających barw spokojnie mógłby stanąć w szranki z Cesarzową w konkurencji: Najlepszy film do testowania na nim HD w telewizorze” (za konkurencję dziękuję Oli, od której ją podebrałem). Oczopląsu można dostać od tych barwnych ubrań, błyszczącej biżuterii, makijaży, mandali i wszystkiego co dało się upchać w jeden kadr i pięćdziesięciu tancerzy. Scenografia także nie odstaje i jeśli gdzieś jest jakiś kawałek ściany, to został on pomalowany monumentalnym wizerunkiem bóstwa czy innego ustrojstwa. Główna bohaterka, żeby nie było, mieszka właściwie w ogrodzie botanicznym, a o świcie budzą ją śpiewy pawi. Nie żałowali kasy na realizację i się to opłaciło, patrz pierwszy akapit.

Prace magisterskie można by pisać o plagiatowaniu zachodnich filmów przez twórców z Bollywood. Już jakiś czas temu ci ostatni się wycwanili i na początku piszą, czym się inspirowali i… dalej plagiatują. Fabuła R-L również nie jest oryginalna i również zaczyna się od oświadczenia o źródle inspiracji na wypadek gdyby ktoś się nie domyślił. Trudno jednak głośno krzyczeć o jakimkolwiek plagiacie, gdy na warstat wzięto klasycznego „Romea i Julię” (Szekspira, jakby ktoś nie wiedział). Na całym świecie co roku powstaje jakaś ekranizacja R+J to czemu by i nie w Bollywood. Przy czym, choć dość wierna, to jednak przekształcona na indyjską modłę. Może nie aż tak sprawnie jak unowocześniona przez Luhrmanna wersja, ale i tak porządnie i z głową. Sedno zostało to samo, cała reszta indyjska tak bardzo, jak indysjkie są okolice Gudźaratu i Radżastanu.

Ona (Dupika; w jednej piosence gościnnie pojawia się też Drewnyanka, która jakby coraz mniej drewniana była) jest zbuntowana, piękna i ma swoje zdanie. On (nie znam kolesia, ale już czekam na „Gunday” z jego udziałem; tyle wiem, ze to jakiś kuzyn-czy-coś Anila Indyjskiego Jacka Bauera Kapoora) jest zbuntowany, jeszcze piękniejszy i nie ma łupieżu (mnie wolno kpić, bo ja doceniam :P). Pochodzą z rodzin, które toczą ze sobą nieustanną walkę od 500 lat. Zakochują się w sobie, co oczywiste, no i mają problem, co jeszcze bardziej oczywiste. Ale póki co wydaje im się, że love conquers all.

Mam z R-L tylko jeden problem, ale za to poważny i niestety nie do przeskoczenia. Wszystko jest tam najwyższej próby – piękna realizacja, piękni bohaterowie, onelinery jak z najlepszych filmów ze Sly’em i Arnie’em („Ich romans zakończy się jutro przed dziewiątą” mówi wynajęty oprych, a takich przykładów można by mnożyć), no i dystans aktorów oraz twórców do tego, co pokazują. Czuć go i właśnie dzięki temu dobrze grają te celowo i po indyjski przegięte sceny, w których np. główny bohater wjeżdża na motocyklu leżąc na nim jak na otomanie). Niestety (znów, bo bardzo żałuję), nie znam hindi, a jego znajomość w takich filmach jest bardzo ważna. Bo ważna w nich jest nie tylko fabuła, którą zna każdy, kto słyszał o „Romeo i Julii”. A jakiekolwiek dostępne tłumaczenie, czy to polskie czy angielskie skupia się raczej na tym, żeby oddać sens fabuły, a nie wdawać się w językowe niuanse. Kiedy słyszę, że bohaterka wypowiada długie zdanie, a czytam „Zrozumiałam”, to mogę tylko smutno westchnąć. Niestety, chyba nie ma co liczyć na fachowe tłumaczenie przez kogoś, kto zna język oryginału. A jestem z grubsza pewny, że gdybym rozumiał wszystko jak należy, to byłbym pod większym wrażeniem. W przeciwnym wypadku, przez znajomość historii, momentami trochę się jednak wynudziłem i stąd tylko 7/10.

(1725)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.