The Art of Steal

Oto bardzo dziwna produkcja. Dziwna, bo pojawiła się właściwie znikąd. Nikt o niej nie mówił (a przynajmniej nie tam, gdzie ja bym usłyszał), nikt na nią nie czekał, a gdy się już pojawił zwiastun to przeszedł bez echa. Mimo wielu znanych twarzy w tymże zwiastunie. A potem za chwilę film można było już obejrzeć. Wszystko to brzmi jak przepis na totalną klapę, a sytuacji nie poprawiały marne oceny filmu na filmowych portalach.

Tymczasem filmowi bardzo daleko od totalnej klapy. Jest wręcz odwrotnie, to bardzo rozrywkowa propozycja dla wszystkich tych, którzy lubią kino z jajem i kilkoma niespodziankami fabularnymi. A do tego takie, które od początku do końca nie traci lekkości i zawadiackiego uroku. Bo nie jest to film, który należałoby traktować poważnie.

No dobrze, może przesadzam z tym „od początku”, bo początek jest trudny do przełknięcia. Ale tylko dla nas, Polaków – na fabułę nie ma to żadnego większego wpływu. Oto rozpoczynamy film od wizyty w więzieniu we Wronkach, które to więzienie przypomina prisonbreakową Sonę co najmniej. W ogóle twórca scenariusza nie ma dobrego zdania o polskim systemie penitencjarnym. Można się na to wkurzać, można to zlać śmiechem (w końcu aż tak źle to chyba jednak nie jest) – trzeba to jakoś przetrawić, bo naprawdę nie warto zwracać uwagę na te szczegóły. A ich jest więcej, bo za chwilę przenosimy się do Warszawy, którą udaje bodajże Bukareszt. A w tejże Warszawie mamy starsze panie w chustkach podróżujące metrem (ale jest metro), taksówki jak sprzed wojny i dziwnych policjantów na motorach. W kategorii krzywego polskiego zwierciadła „The Art of Steal” dorównuje kultowemu The Shrine. Trochę szkoda, że robią z nas takich buraków, szczególnie że nic by się nie zmieniło, gdyby zamiast Warszawy umieścili akcję w Budapeszcie lub gdziekolwiek indziej. Nie ma to wpływu na fabułę. To tylko – dla filmowców najwyraźniej egoztyczne, wszystko jedno Warszawa czy Bukareszt – miejsce i tyle.

Nie będę za dużo pisał o fabule, bo to ten z filmów, o którym lepiej nic nie wiedzieć (z tego punktu widzenia niewidoczny marketing w zasadzie należy uważać za słuszny). Jest grupa profesjonalnych złodziei, którzy chcą ukraść książkowy biały kruk – tyle wystarczy wiedzieć na początek. I naprawdę, nie szukajcie nic więcej, jeśli już zdecydujecie się na oglądanie. To niepotrzebne do szczęścia.

TAoS ma właściwie same zalety. Sprytny scenariusz zagrany został przez dobrych aktorów, którzy świetnie się bawią swoimi rolami mając do nich spory dystans. Jest Kurt Russell, jest Matt Dillon, jest Terence Stamp i jest Jay Baruchel. Dostali autentycznie zabawne dialogi i robią z nimi co należy. Szczególnie Stampowi dostało się parę soczystych onelinerów. Długo myślałem, że film będzie się sprawdzał głównie jako autentycznie zabawna komedia i lekka zabawa konwencją heist-movie, ale potem okazało się, że sprawdza się na każdym poziomie. Polecam. 9/10

(1702)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl