Survivor, 28×01

Spokojnie, nie zapomniałem o „Survivorze”. Choć prawdę powiedziawszy nie czekałem jakoś zbytnio i odkryłem, że to dobry patent. Zamiast odliczać dni do jakiejś premiery, pewnego dnia budzisz się rano, patrzysz i widzisz, że o, to już dziś. I znów czwartki będą trochę ciekawsze niż bez „Survivora” – fajnie.

Nowy sezon, nowa koncepcja. Nie dorzucono nam tym razem żadnego powracającego gracza, ale trudno mówić o tym, że nie ma nikogo znanego. Bo jest. Do tej pory dodawali jakichś anonimowych footballistów albo rezerwową laskę ze złotej olimpijskiej sztafety (pozdrowienia dla Crystal, którą potem capnęli za doping AFAIR i tym samym wyjaśnili, dlaczego była taka beznadziejna), a tym razem solidnie dołożyli do pieca. Oto w jednym z plemion pojawił się sam Cliff Robinson, czyli kolega Clyde’a Drexlera z mojego ulubionego koszykarskiego teamu ery „Hej, hej, tu NBA!” Portland Trail Blazers. Wow!

Ale wracając do koncepcji – w sezonie numer 28, nie po raz pierwszy zresztą, podzielono zawodników na trzy plemiona. Kryteria podziału są bardzo proste: powstały ekipy Mięśniaków, Mózgowców i Pięknisiów. Aczkolwiek trzeba zauważyć, że to podział dość umowny, bo gdyby zmieszać wszystkich do kupy to trudno by było powiedzieć, który jest który. Zresztą nie ma w tym nic dziwnego, bo w zasadzie w każdym sezonie pojawiają się określone typy zawodników, co sprawia, że ma się wrażenie, że gdzieś się ich już wcześniej widziało.

Póki co największa beka z Mózgowców i w zasadzie wystarczyłoby powtórzyć za jedną z zawodniczek (Cass, czy tam Kass – trzymam za nią kciuki najbardziej), że chciałoby się zobaczyć akta na podstawie których przydzielano zawodników do Mózgowców. Wszyscy zwolennicy beki z wiedzy Amerykanów znajdą w trajbie Mózgowców masę pożywki dla swoich teorii. Bo choć średnia ich IQ wynosi 130 (chyba nie jakoś specjalnie wysoko?) to na razie sprawiają wrażenie debili. Debili, którzy wciąż nie kumają, że wygranie zawodów szachowych czy bycie projektantem rakiet nie znaczy, że wiedzą cokolwiek więcej poza zakres swoich zawodowych zainteresowań.

Podwójny odcinek premierowy był takim „Survivorem” w pigułce – było tu w zasadzie wszystko, czego można spodziewać się po „Survivorze”. Ukryte idole, blajndsajdy, zwariowane trajbale i patałachy zawalające czelendż. A jeśli to wszystko było już teraz to, co będzie dalej?

Zdecydowany plus odcinka dla chyba jedynej jak na razie nowej, nowej rzeczy w „Survivorze”. Otóż jeden z uczestników zbudował tajne pomieszczenie w grupowym szałasie, by móc stamtąd niezauważenie podsłuchiwać rozmowy innych zawodników. Cwana gapa! Zobaczymy, czy mu się uda, ale pewnie tak, bo już mu odpowiedniego hashtaga zrobili. 

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.