And the Oscar goes to… 12 Years a Slave

Jeśli nie byliście na „Zniewolonym” to jeszcze jest szansa, żeby to nadrobić. W innym razie przegapicie film, który już za kilkanaście dni zostanie wybrany najlepszym filmem ubiegłego roku. Całkiem słusznie zresztą.

Właściwie to nie mam prawa do wygłaszania takich opinii, bo wszystkich nominowanych filmów nie widziałem, ale widziałem już większość i wiem, że 12 nie ma większej konkurencji. Jedyny film, który mógłby mu zagrozić będzie startował w sekcji dokumentalnej, więc nie ma się go co obawiać. Resztę pokona bez trudu. Bo może i nie jest filmem, który w zeszłym roku podobał mi się najbardziej (nawet spośród tych nominowanych – choćby Her pozostawił u mnie bardziej pozytywne wrażenie i Wilk z Wall Street), ale biorąc pod uwagę różne różniste czynniki zebrane do kupy (jakość filmu, temat, historia) do Oscara jest stworzony.

Nie byłoby jednak tego spodziewanego przeze mnie sukcesu, gdyby nie pewien paradoks. Od lat już kino zmaga się z potworami politycznej poprawności, które filmy powoli zamieniają w Ą i Ę. Nie twierdzę od razu, że polityczna poprawność jest zła, ale popadanie w przesadę przynosi odwrotny efekt. I tak można Afroamerykanina wyzwać na ekranie od „fiuta” (byle nie małego), ale nazwanie go „niggerem” przekreśli cię w oczach całej twojej społeczności. Co ciekawe, on może cię nazwać „białasem” w każdej chwili, bo to już nie jest rasistowskie. Zresztą kłócili się o to Bruce i Samuel w trzecim „Die Hardzie”. A wracając do sedna – im bardziej udajemy, że czegoś nie widać, tym bardziej jest to widoczne. Sztuczne zakazy i ślepa nadzieja świata nie zmienią.

Jest jednak jak jest i nie ma się co dziwić, że gdy w końcu pojawia się film, którego odgórne zasady nie interesują – od razu jest o nim głośno. Źli biali plantatorzy krzyczą do Murzynów, że są czarnuchami, leją ich po gołych plecach batem i gwałcą, gdy mają na to ochotę – nawet ci, którzy wymyślili poprawność polityczną kiwają głowami, że to straszne, ale takie potrzebne do pokazania. Żeby wyedukować, żeby nauczyć, żeby nigdy więcej się to nie powtórzyło.

Nie byłoby więc „Zniewolonego”, gdyby nie ta wolność artystyczna i przyzwolenie na pokazanie tamtego świata takim jakim był. Pokazanie nam na własne oczy także i tego (głównie tego) co nie było piękne i filmowe. Ale nie byłoby też „Zniewolonego”, gdyby nie zmieniło się kino, gdyby takie filmy nie były rzadkością i nie pokazywały się raz na parę lat. Wszystko to złożyło się na ten sukces i teraz pewnie na długo znów powrócimy do stanu poprzedniego. Sumienie wyczyszczone, pokuta odprawiona na taśmie filmowej, katharsis przeżyte (nie wiem co ja tak ostatnio z tym katharsis; mądrze brzmi, chyba dlatego). Jeśli temat powróci to w potworkach typu Kamerdyner.

To wszystko nie zmienia faktu, że choć „Zniewolony” jest filmem, któremu naprawdę nie można niczego zarzucić (perfekcyjna realizacja, perfekcyjne aktorstwo, odważnie opowiedziana trudna historia), to zostawił mnie bez większej refleksji ani nie obudził we mnie żadnych wyższych uczuć (niższych też na szczęście). Może to jednak trzeba było mieć dziadka w Ku Klux Klanie, żeby bardziej się filmem przejąć, a może zwyczajnie znów nie zadziałał na mnie urok Steve’a McQueena. Bo nie ukrywam tego, że do jego świątyni nie należę ani nie przyjmuję na kolanach kolejnych jego filmów. Na pewno jest dobrym reżyserem, ale wyjątkowości w nim żadnej nie widzę. Cieszę się, że film obejrzałem, czasu nie straciłem, doceniam jego wykonanie, ale subiektywnie oceniając nie wzbudził u mnie choćby westchnięcia. 8/10.

(1681)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.