Spieszmy się kochać nadzieje kina akcji, tak szybko odchodzą

Dawno już minęły czasy, kiedy zgodnie z jego nazwiskiem o filmach Tony’ego można było po seansie powiedzieć krótkie: „O jaaaa!”. Tony Jaa, trochę ponad dziesięć lat temu, przybył na ekrany kin niczym taran i kopniakami utorował sobie drogę do zasłużonego podziwu. Najpierw było „Ong Bak”, które uczyniło z niego momentalną gwiazdę i nadzieję kina kopanego. Całkiem słusznie, bo mówiąc kolokwialnie: wymiatał. A filmowcy z Tajlandii udowodnili przy okazji, że mają talent do robienia nie tylko ekscytujących filmów, ale i organizacji tego, co niemożliwe. Nawet średnio uważny obserwator podczas seansu „Ong Bak” ujrzy pojawiające się w tle na ścianach nazwiska Spielberga i Bessona. Dojrzał je także Luc Besson, który skorzystał z tego swoistego zaproszenia i sfinansował dystrybucję OB w Europie. Powodzi muay thai nie można już było powstrzymać.

Tony i koledzy szybko poszli za ciosem i tak powstał Tom Yum Goong, który zachwycił znowu. Nie tylko gibkością Jaa i jego umiejętnościami, ale także porywającym filmowaniem – scena wtargnięcia do hotelu, w całości nakręcona na jednym ujęciu, przeszła do historii kina. Wydawało się, że kariery Tony’ego nic już nie powstrzyma. Nikt się nie spodziewał, że stanie się na odwrót i to za sprawą samego aktora, któremu znudziło się kopanie ulicznych latarni. W zamian za to zapragnął pisać scenariusze, reżyserować, ustawiać choreografię walk… Wyszły z tego dwie następne części „Ong Bak”, których oglądać się nie dało. Na domiar złego Tony podpadł jakimś miejscowym gangsterom i ratując życie schronił się w klasztorze, gdzie został mnichem.

Nie marnując czasu na słabe filmy wróćmy na chwilkę do dwóch pierwszych dzieł Tony’ego i kolegów. Czym zachwyciły? Przede wszystkim umiejętnościami samego Jaa, którego lista osiągnięć rozpoczyna się od „niesamowicie skoczny i wygimnastykowany” i jego zapierającymi dech w piersiach popisami zaprzeczającymi zdrowemu rozsądkowi (rozważnie kręconymi z kilku kamer i do znudzenia powtarzanymi). To co Jaa wykonał, filmowcy potrafili znakomicie sfilmować, czego hotelowy przykład podałem już wyżej. A to nie koniec zachwycających rzeczy. Dość dodać, że wszystkie ewolucje w filmach wykonywane były bez tzw. Sznurków i innych wspomagaczy w postaci kangurów itp. I grzech nie wspomnieć o kaskaderach, którzy nie bali się dostać po mordzie przez co filmowe ciosy robiły dużo większe wrażenie niż ciosy markowane. A także o śmiałym operowaniu krwią i nie unikaniu scen takich jak ta z wbitą w ręce zardzewiałą piłą.

Czyli wszystkim tym, czego próżno szukać w najnowszym filmie Tony’ego – „Tom Yum Goong 2”. Bo Tony opuścił klasztor i znowu zapragnął kopać na ekranie. Niestety, zapragnął też wpieprzać się w robotę swojego choreografa walk, czyli zajmować się tym, czym nie powinien.

Znów porywają mu słonia i znów musi ich ścigać – to tak skrócie o fabule TYG2. Jest tam jeszcze jakiś wątek polityczny, ale bądźmy szczerzy: kogo on obchodzi?

Warto zacytować klasyka: „a miało być tak pięknie”. Kontynuacja świetnego filmu na starcie była skazana na sukces. Wystarczyło nakręcić półtora godziny świetnych walk i każdy byłby zachwycony. A dość dodać, że do obsady filmu dołączyła Janina (JeeJa Yanin), czyli niezapomniana bohaterka Chocolate (to ogólne odczucie, bo mnie akurat „Chocolate” nie podeszło, co nie zmienia faktu, że Janina ma talent). Powinno więc być dwa razy więcej wspaniałości. Nic z tych rzeczy.

Nie wiem na ile wersja finałowa była zdeterminowana przez niepotrzebny pomysł nakręcenia filmu w 3D. Nie wiem też, czy w 3D również wygląda tak słabo, jak i nie wiem, czy w ogóle ktokolwiek widział go w 3D – mignęło mi na fejsie filmu kilka próśb o podpisanie petycji, by TYG2 był wyświetlany w 3D. Wiem natomiast, że wygląda to słabo. Wszechobecny greenbox co chwila rzuca się w oczy, efekty specjalne (sic!) przypominają takie z polskiego filmu, co jakiś czas coś próbuje wylecieć z ekranu, a Tony stara się, by jego podeszwa wylądowała przed naszym nosem. A ogień jest sztuczny. Podczas gdy w TYG po prostu podpalono pokój i kazano się w nim naparzać, to w dwójce w podobnej scenie komputerowe języki ognia liżą ściany, co wygląda wprost okropnie. Nie mogłem się oprzeć refleksji, że kiedyś filmy Jaa inspirowały twórców z Tollywood, a teraz wygląda jakby było odwrotnie. Takie sceny jak wpadnięcie pociągu w motocykle wyglądają jakby żywcem wyjęte z indyjskiego filmu. I tylko w przypadku indyjskiego filmu byłoby się czym zachwycać.

Ale najgorsze jest to, że w walkach (paradoksalnie nie ma ich tu za dużo, a już efektownych prawie wcale) użyte zostały te okropne Sznurki. Nic tak nie psuje filmu kung fu jak nienaturalnie fruwający bohaterowie.

Na domiar złego, gdyby lista tego co złe w TYG2 wciąż jeszcze była za krótka, w rolę głównego czarnego charakteru wcielił się drewniany RZA. Jestem w stanie zrozumieć jego miłość do kina kung fu, każdy ma jakieś pasje, ale to nie znaczy jeszcze, że powinien ładować swoje dupsko w każdy ciekawy kopany projekt! Nie potrafi grać, nie potrafi się bić – nie wnosi do filmu żadnej korzyści, a wręcz przeciwnie – irytuje. Podpiszę każdą petycję przeciwko jego pojawianiu się na ekranie.

A dla TYG2 mam niestety tylko 5/10.

(1667)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl