[Rec-Pack] The Tower, Out of Inferno, Bridegroom, The Life and Time of Tim Hetherington

Wszelakimi sposobami próbuję przekonać się do porzucenia lenistwa i recenzowania każdego obejrzanego filmu. Plusy byłyby dwa. Raz przestałbym zaczynać od tych dennych wstępów, a dwa – ostatnio odkryłem – że gdybym do końca roku zrecenzował każdy obejrzany film to prawdopodobnie bez Projektu 2000 dociągnąłbym do dwóch tysięcy recenzji na Q-Blogu. W sam raz na jego dziesięciolecie. No trochę po, ale prawie.

Gra jest więc warta świeczki.

(Rec-Pack – sam wymyśliłem! 😉 )

The Tower Vs. Out of Inferno

Wysypało w Azji pożarami. Jakiś czas temu płonął wieżowiec w Korei Południowej, a teraz zapłonął podobny budynek w Chinach. Skorzystam z okazji i przy okazji paru zdań o tym drugim pożarze oszukam, że to recka także filmu koreańskiego, który w zeszłym roku recenzji się nie doczekał.

A nie doczekał się, bo był filmem co najwyżej przeciętnym. Próba chińska – za którą odpowiedzialni są panowie od głośnego The Eye – jest na szczęście filmem dużo lepszym. Obydwa opowiadają o tym samym, więc nad fabułą nie ma się co rozwodzić. Nikt się nie spodziewa, wybucha pożar, dzielni strażacy walczą z żywiołem.

Fabularnie duża przewaga jest po stronie propozycji chińskiej. To praktycznie wzorowo napisany film według schematu kina katastroficznego. Poznajemy bohaterów, którzy będą się potem palić, poznajemy zwaśnionych braci strażaków, których poróżniło jakieś traumatyczne zdarzenie z przeszłości, poznajemy ogień, który zaczyna szaleć – akcja! Pod tym względem trudno OoI cokolwiek zarzucić. No jedynie to, że jest schematyczny i dośc przewidywalny. Ale porównując z TT wygrywa w przedbiegach, bo ten jest męczący nieznośnym azjatyckim humorem, który trudno przetrwać zanim zacznie się dziać coś konkretnego (choć zakładam, że dużo winy można tu zrzucić na denne angielskie napisy; tak podejrzewam, bo niestety koreańskiego nie znam).

„The Tower” jest za to bardziej efektowny. Gdy coś się tam dzieje, to naprawdę się Dzieje. Perfekcyjna realizacja nie powinna zaskoczyć nikogo kumatego i naprawdę jest na czym oko zawiesić. Pada śnieg, płonie wieżowiec, rozbija się helikopter – uczta dla oczu. W OoI gorzej pod tym wzgledem. O ile zwiastun robił wrażenie, to cały film jest momentami zbyt telewizyjny, a momenty pięknie płonącego ognia niszczą słabo zrealizowane efekty np. zapadającej się podłogi. Ale znów może część winy trzeba zrzucić na to, że film został zrealizowany w 3D i może się tak zdarzyć, że w trzech wymiarach wygląda bardziej efektownie. Niestety, tego nie sprawdzę.

Gdyby więc połączyć te dwa filmy w jeden to wyszłoby z tego naprawdę fajne widowisko. A tak to „The Tower” 6/10, a „Out of Inferno” 7/10

***

Bridegroom

Nie wszystkie historie automatycznie nadają się na filmy dokumentalne. Tak jest w przypadku tej właśnie historii, przy czym trzeba uważać na słowa, bo zaraz się trafi jakiś krytyk, bo pewnie czegoś nie zrozumiałem albo, co gorsza, jestem homofobem i dlatego kręcę nosem. Ewentualnie serca nie mam 😉

Zaczyna się dramatycznie, bo od śmierci. Nie wiadomo czemu, nie wiadomo jak, nie wiadomo po co. Jeden z bohaterów filmu spada z dachu, a drugi opłakuje straszną stratę. Cofamy się w czasie i poznajemy wszystkie szczegóły.

Wychowali się w małych miasteczkach. Jeden skryty, drugi otwarty dla świata. Jeden prześladowany, drugi lubiany. Obaj chcieli odnaleźć szczęście w Los Angeles i tam trafili na siebie. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Wspólne pasje, wspólne zainteresowania, wspólny blog, wspólne podróże…

Historia, a i owszem, wzruszająca, ale moim zdaniem lepsza na film fabularny niż na dokument. I to wg mnie główny problem, bo nie widzę w „Bridegroom” niczego aż tak niezwykłego, by zabrać tym samym głos w jakiejś ważnej sprawie. A chyba takie były ambicje twórców, bo mignęła mi gdzieś w oczy dramatyczna zapowiedź wskazująca na krytykę braku legalizacji związków partnerskich i zagrożeń, jakie po śmierci „nielegalnego” partnera czyhają na tego, który przeżył. No ale ostatecznie może mi się wydawało i miała to być tylko współczesna wersja „Romea i Romea”, a ja szukam głębi w tym, co miało być tylko wzruszającym love story.

Tak czy siak, choć obejrzałem z ciekawością – tak jak czyta się jakiś reportaż – to nie poruszył we mnie żadnej struny. 7/10

***

Which Way Is the Front Line from Here? The Life and Time of Tim Hetherington

I na koniec jeszcze jeden przeciętny, choć prawie prawie nominowany do tegorocznego Oscara (jest na shortliście), dokument. A właściwie to laurka, jaką narysował kamerą Sebastian Junger, przyjaciel tytułowego Tima Hetheringtona, z którym zrealizowali wcześniej razem nominowany do Oscara „Restrepo”.

Ale nic więcej już nie zrealizują, bo Tim zmarł śmiercią tragiczną podczas swojej kolejnej wojennej wyprawy. Był fotoreporterem wojennym, a konflikty zbrojne na całym świecie były całym jego życiem. A właściwie uwiecznianie ich na fotografiach. I tak razem z nim przemierzamy kolejne areny zmagań wojennych od Liberii, poprzez Afganistan, aż po Libię.

Jak przystało na laurkę, z „Which Way…” wynika niezbicie, że Tim był aniołem w skórze fotoreportera. Ani przez sekundę nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Być może tak właśnie było, nie wiem, ale trochę trudno w to uwierzyć. I w życie pełne przypadków z gatunku „czułem, że coś się zdarzy, ale zapewnił mnie, że po tym wyjeździe kończy z fotografowaniem wojny”.

Nigdy nie rozumiałem, co pcha fotoreporterów uzbrojonych jedynie w aparat fotograficzny na pierwszą linię ognia. Ten dokument również niczego mi nie rozświetlił w tej kwestii. I choć szanuję, co robią, to nie potrafię się wzruszać, gdy ktoś płaci najwyższą cenę tylko i wyłącznie z własnego wyboru. 7/10 głównie za migawki z Liberii.

(1655)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl