Sons of Anarchy, finał s6

Serialowy czas szybko leci. Dopiero co się SoA zaczynało, a tu już pac, pac, pac trzynaście odcinków i finał. Tym banalnym spostrzeżeniem przejdźmy do sedna. Będą ogromne SPOILERY, co jest przecież jasne.

Stacja zafundowała nam na koniec 80-minutowy odcinek, czyli można powiedzieć, że prawie film fabularny. Szkoda tylko, że wydłużenie się metrażu nie poszło w parze z wyraźnym zwiększeniem się jakości odcinka. Nie było źle, w końcu to finał, ale spokojnie można było wyciąć te dodatkowe pół godziny bez straty dla odcinka. Bo dużo gadania było i w zasadzie tylko dużo gadania było. Na jednym zaskakującym trupie nie można zbudować całego finału.

Finał SoA s6 nazwałbym klasycznym, bo swoją główną rolę spełnił – zostawił widza z oczekiwaniem na pewnie świetny sezon siódmy. Kto nie ma uczucia, że w siódmym sezonie będzie się działo? W porządku może i będzie się działo, tylko czemu nie działo się już teraz w finale s6. Dlaczego szczęki nie leżą na podłodze i dlaczego berety nie są zryte? W końcu już nie trzeba nic sztucznie przedłużać, bo i tak siódmy sezon będzie sezonem ostatnim, więc można było dołożyć do pieca. Nie twierdzę, że śmierć WiecieKogo nie była zaskakująca i dokładająca do pieca, ale co oprócz tego? Ano niewiele.

Zastanawiałem się dwa odcinki temu nad tym, jak Jax wybrnie z tych tarapatów, w jakie się wpakował podpadając właściwie wszystkim po kolei. Okazuje się jednak, że w świecie SoA wszystko jest względnie łatwe i proste. Tego się zabije, tego się okłamie, ten ci uwierzy i już nie masz problemów, choć przed chwilą miałeś ich multum. Stosy trupów się piętrzą, a policja i federalna agencja wciąż nie ma nic, za co mogłaby cię posłać na dożywocie. Niby cały czas masz jakiś ogon, a tymczasem nie masz żadnego ogona.

Wszystko zatem sprowadziło się do problemów małżeńskich Jaxa i Tary, ale i te rozwiązały się prościutko. Jax cały sezon oddalał się od żony, zdradzał ją z laską z „Niewidzialnego człowieka” i jeszcze dalej się oddalał, a Tara w tym czasie spiskowała za jego plecami rzucając mu kolejne kłody pod nogi. I co? I nic. Przytulili się, powiedzieli sobie, że się kochają i znów mieli zamiar żyć ze sobą długo i szczęśliwie, jakby ostatnie dwanaście odcinków nie istniało.

I żyliby, gdyby rozważny do tej pory Unser nie okazał się Kretynem Sezonu. Lubię gościa za te jego „Idziesz do alfonsa?”, ale numer z „Źle się czuję, podaj mi tabletki, są w łazience; wiesz, tej na samym końcu domu za poczwórnymi schodami, tajnym przejściem i tym pokojem, co trzeba się w nim czołgać” był tak prosty do przewidzenia, że aż przykro, że eks-glina się na niego nabrał. W tej chwili los Tary został głupio przesądzony i finał jej żywota nie był już tak bardzo zaskakujący.

Osobny akapit zachowałem jeszcze dla biednego C-Note’a, który cały sezon biegał po posyłki, a w finale upokorzyli go już do końca. Najpierw dwa razy odesłali w pizdu, bo chcieli pogadać na osobności, a potem zabili. Występ Miesiąca.

Na siódmy sezon oczywiście czekam, bo wygląda na to, że będzie jeszcze większą krwawą łaźnią, której nikt nie przeżyje. Mam nadzieję, że skończy się tak, że ktoś tam zabije Jaxa na oczach jego dzieci, uprzednio pozwalając mu patrzeć na to, jak pali jego pamiętniczek skrobany przy grobie Opie’ego i przy byle jakiej innej okazji 😉

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.