Ninja – Shadow of a Tear

Święta idą, nie ma czasu na blogowanie, bigos trzeba robić…

Bigos robi też ze swoich przeciwników Ben Affleck Kina Kopanego, czyli Scott Adkins w drugiej części „Ninji”. Pierwszy Ninja był marny i choć przywołał sentyment do zapomnianego subgenre’a i zalał ekran krwią, to nie sprawdził się będąc mierną produkcją C-klasy (choć z sentymentu oceniłem go nieźle, jakby ktoś się czepiał po kliknięciu w linkę). Drugi marny nie jest, bo i nie bazuje tylko na przywołaniu sentymentu do filmowego ninjitsu (nie ma tu za wiele biegania w czarnych ciuchach) i aż taki krwawy bez celu nie jest (wiem, w normalnych warunkach byłoby to wadą, ale tutaj mi to nie przeszkadzało, czyli oznacza, że co innego było dobre).

Fabuła jest oczywiście prosta. Główny bohater, Casey bodajże, wiedzie sobie żywot nauczyciela sztuk walki u boku swojej pięknej żony, która spodziewa się dziecka. Pewnej nocy żona zostaje zabita, a Casey rusza ścieżką krwawej zemsty.

Klasyka zatem.

„Ninja 2” (używam tego tytułu, bo prościej) nie jest arcydziełem kina, bo to produkcja przeznaczona prosto na wideo. Ale niektóre wróble ćwierkają, że być może najlepsza z takich produkcji. Pewnie nie, ale w czubie by się znalazła. Nie dlatego, że zostawia nas z pytaniem o sens wszechświata czy coś takiego, ale zapewnia czystą łubudu rozrywkę bez konieczności wstydzenia się za to, że na dekoracje i statystów mieli tylko drobne.

Choć w statystów mogliby jednak troszeczkę lepszych zainwestować, bo za często było widać, że Adkins boi się ich łojnąć w ryja.

Ducha nie gaście – choreografia walk stoi na wysokim poziomie. Sznurków nie stwierdziłem, co zawsze jest plusem, a Adkins to naprawdę zdolny karateka. Do tego wszystkiego doszła świetna praca kamery podczas naparzanek. Naprawdę nie wiem, czemu nigdy nie zwracałem na to uwagi, może to tylko tutaj tak dobrze było? Trudno w to uwierzyć, ale fakt faktem operator zrobił znakomitą robotę. Dynamiczna kamera dodawała walkom dynamizmu i nie ma nawet mowy o jakiejś epilepsji. Wiadomo, często w walkach łubudu chce się je urozmaicić kamerowym oczopląsem, szybkim montażem itd. w wyniku czego tylko głowa boli i nic nie widać. Tu nic z tych rzeczy. Owszem, kamera nie stała w miejscu i dużo ruszała się z aktorami, ale cały czas miałem wrażenie, że nie ma w tym przypadku, a ruchy kamery również były uwzględnione podczas przygotowania choreografii.

No i co więcej do szczęścia potrzebne w takim filmie? 8/10

(1643) 

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.