Last Vegas

Czasem obejrzeniu jakiegoś filmu towarzyszy skomplikowany proces. Tak było w przypadku „Last Vegas”, na który miałem zaproszenie na pokaz przedpremierowy, ale z niego nie skorzystałem (co samo w sobie było procesem dość skomplikowanym związanym z planowaniem z kim by pójść, a może samemu). I w ogóle miałem LV nie oglądać, ale w miniony weekend zachciało mi się iść na „Stalingrad”. Tu nastąpił kolejny kilkustopniowy proces, który finalnie sprowadził się do „ja pójdę do kina, a Asiek do teatru”. Tyle, że w Multikinie „Stalingradu” nie grali, a misterny plan nie obejmował Cinema City w związku z czym zacząłem szukać zastępstwa. I, cholera, tyle filmów teraz w kinach leci, ale żaden nie jest ciekawy (co ciekawe (nomen  omen) w Złotych była taka kolejka po bilety jak w PRL-u po schab; a kiniarze mówią, że kryzys jest; jacha, byle co w kinach, a ludzi multum), a przynajmniej dla mnie nie jest ciekawy. Cały wybór (coś w miarę ciekawego + godzina, która mi odpowiada) ograniczył się więc tylko i wyłącznie do „Last Vegas”.

Ww. kolejka była taka, że na salę wpadłem 15 minut po rozpoczęciu seansu, a i tak załapałem się na 20 minut reklam…

Wstęp może i długi, ale to dobrze, bo nie zamierzam długo pisać o „Last Vegas”. Nie dlatego, że jest to film zły, ale dlatego, że jest to film dokładnie taki, jak sobie można wyobrazić słysząc: czterech emerytów (w ich rolach naprawdę wielkie nazwiska) urządza wieczór kawalerski w Las Vegas. Chcą się zabawić tak jak kiedyś, zanim zaczęli cierpieć na prostaty i inne zawały. Wszystko jest przyzwoite, momentami śmieszne, a pośmiać się można z dokładnie takich rzeczy, jakie w ciemno można by było obstawić przed filmem. Panowie wariują na widok większych cycków i okazuje się, że jeszcze trochę grafitu mają w ołówkach. Ale i zdrowego rozsądku w łepetynie też… Tak czy siak LV absolutnie niczym nie zaskakuje, jakby powstał odrysowany od solidnego, ale wytartego schematu.

Na pewno nie jest to „Kac Vegas”, bo jak już wspomniałem wszystko jest tu przyzwoite (jedyna mniej przyzwoita scena to jakiś kudłaty machający gaciami przed nosem De Niro) i grzeczne. Wielcy aktorscy emeryci nie muszą się wcale wstydzić swojego występu, ale i perłą w ich filmografii nie jest. Ot korzystają z prawa, jakie w Hollywood posiada naprawdę niewielu aktorów – mimo zaawansowanego wieku dostają wciąż propozycje ciekawych ról. No może skończmy to zdanie na słowie „propozycje”. Trudno ich obwiniać za to, że łapią się takiej lekkiej, komediowej roboty, bo lepsze to niż siedzenie w domu starości dla podstarzałych amantów. Choć z drugiej strony trochę szkoda, że nie poświęcają czasu na coś poważniejszego. No ale oni pewnie też by chcieli… Ciężkie jest życie aktora, po prostu.

Do kina lecieć co nie ma, ale z DVD obejrzeć można, jak się już pojawi. Na pewno LV jest o niebo lepsze od innych emeryckich popisów z ostatnich miesięcy takich jak np. „komedia” „Stand Up Guys” z Pacino i Walkenem. Na 7/10 zasługuje bez dóch zdań.

A skoro o SUG to warto też wspomnieć o wspólnym mianowniku łączącym obydwie produkcje – Weronice Rosati. Ciut awansowała, bo o ile w SUG nie mówiła zdaje się nic, to w LV miała już parę kwestii (choć pełnych słów „wódka” i „Red Bull”, więc na pewno nie szekspirowskich). Ale tak jak nagle się pojawiła, tak w następnej scenie zniknęła już na zawsze pozostawiając kolana Kevina Kline’a dla innego tyłeczka. Wyglądało to tak jakby Weronisię wymienili między scenami na inną aktorkę, czyli ciut dziwnie.

(1632)

PS. A na „Stalingrad” i tak pójdę!

PS2. Wielki kudos dla Mary Steenburgen. Zawsze ją lubiłem, a tutaj prezentuje się po prostu wow. W jej przypadku zrobienie sobie cycków wyszło na plus. Zdecydowanie 😉 

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.