Killer Toon

– Ile masz lat?
– Szesnaście.
– Nie żartuj sobie ze mnie. Wyglądasz najwyżej na dziesięć.
– Tyle miałam, gdy umarłam.

Nigdy nie byłem fanem azjatyckich (no japońskich, ale przez dłuższą chwilę to znaczyło to samo) horrorów. Uważałem, że jeśli widziało się jeden, to widziało się wszystkie. Dalej tak uważam. Jedyną iskierką nadziei była dla Azji, jak często uważam, kinematografia południowokoreańska. Tam potrafili nakręcić to samo, a jednak nie to samo. Niby używali tych samych metod, ale efekt był ciekawszy, fajniejszy, oryginalny nawet. Mimo Strasznych Długich Czarnych Włosów (C). Lata lecą, a wiele się to nie zmieniło, choć trudno mi w sumie wyrokować głosem fachowca, bo jednak azjatyckich horrorów ostatnio unikam. A może to one mnie unikają? A może po prostu już wszystkie zostały nakręcone.

Tak czy owak z „Killer Toon” historia jest podobna. Wszystko, co tam można zobaczyć już było, a mimo to jest dobrze. A nawet jest świeżo. Choć zaczęło się od sporego zawodu, bo myślałem po trailerze (bez jakichkolwiek sensownych napisów), że to będzie thriller o seryjnym zabójcy. Cóż, nie był. Bo „Killer Toon” to standardowy supernatural horror.

Bohaterka filmu to wzięta autorka komiksów, które rozchodzą się jak swieże bułeczki. Pewnego dnia podsyła swojej redaktorce nowe dzieło. Ta je otwiera i widzi na rysunkach siebie. Co gorsza, komiks wskazuje na to, że za chwilę ktoś ją najwyraźniej zaszlachtuje. I rzeczywiście, ramka po ramce, jak złowroga przepowiednia, wszystko dzieje się tak jak w komiksie. A żeby było ciekawiej, policja która rano sprawdza trupa, orzeka, że pani redaktor popełniła samobójstwo.

Tymczasem nasza autorka komiksów nie może opędzić się od dziwnych wizji…

Po 15 minutach seansu rozpoczętego w okolicach północy napisałem na Q-Fejsie, że całą zbroję już sobie zdążyłem wiadomo co i rzeczywiście tak było. Po tych słowach pewnie polecicie oglądać film i wrócicie mi zakomunikować, że głupi jestem, bo w „Killer Toon” nie ma nic strasznego. Pomijam, że w wieku starokoniowym szukanie strasznych horrorów to bzdura i nigdy takich nie znajdziecie. Bo ich nie ma. A pomijam, bo chcę napisać tylko, że ja tam nie lubię (w pozytywnym sensie, no nie chciałem napisać, że się boję :P) takich horrorowych zagrywek z nagle wyłaniającym się duchem przy głośnym JEB i miałem chorą radość z tego, że w tej okołopółnocnej godzinie co minutkę jakiś mi się pokazywał. Nieważne, że dobrze wiem, kiedy coś wyskoczy (jak jest cicho to uważajcie, albo jak ktoś się cofa nie patrząc gdzie lezie, albo jak koło lusterka jest ten ktoś, albo wszystko na raz), nieważne, że sobie ściszam film w odpowiednim momencie – i tak się przestraszę.

A w „Killer Toon” miałem wrażenie, że ktoś postawił sobie za punkt honoru wepchanie w jak najkrótszym czasie jak największej ilości horrorowych zagrywek i gdy normalnie (czyt. w amerykańskim filmie) wyszłoby to głupio, to tutaj wyszło to bardzo fajnie. Pierwsze dwa „epizody” z dziewczynką i w kostnicy – brrr. Potem już trochę mniej.

Do tego wszystkiego „Killer Toon” jest fajnie zrobiony, choć widać, że produkcja nie grzeszyła kasiorką. Robią wrażenie komiksowe obrazki często przeplatające akcję, bo są po prostu fajnie narysowane. I takie komiksowo-filmowe połączenie robi bardzo dobre wrażenie i sprawia, że czuje się, jakby oglądało się coś nowego. Choć „Killer Toon” przecież wcale taki nie jest.

Jednym słowem: Polecam. 8/10

(1642)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.