Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Dokumentalnie, vol. 7

Tak mocno z pupy tę siódemkę wyjąłem, ale nie chce mi się sprawdzać, ile już takich miniserii było, więc wybrałem szczęśliwą cyfrę i może teraz zapamiętam.

Spellbound

Ameryka to wspaniały kraj…

Każdego roku tysiące młodych Amerykanów przystępują do konkursów literowania. Najlepszych ćwierć tysiąca spotyka się raz do roku na dwudniowych zawodach w Waszyngtonie, które wyłaniają amerykańskiego mistrza literowania. Sam finał transmitowany jest na żywo przez kanał sportowy ESPN, a zwycięzca – przynajmniej przez chwilę – cieszy się ogromną estymą. Razem z kamerami dokumentalistów Strefy 11 😉 obserwujemy przygotowania ośmiorga uczniów, którzy wybierają się na ten waszyngtoński konkurs. Oczywiście po pokonaniu setek przeciwników na własnym podwórku.

Dokument samograj, a zarazem kino sportowe w najlepszym gatunku. Bo choć literowanie nie jest dyscypliną olimpijską, to jednak zapewnia solidną dawkę emocji i adrenalinę rosnącą z każdą kolejną rundą i kolejnymi pokonanymi przeciwnikami. Kto zwycięży, kto przegra, dlaczego w ogóle startują w takich zawodach? Wszystkiego tego – i jeszcze więcej – dowiecie się ze „Spellbound”.

Wybór uczestników konkursu, których przygotowania śledzimy jest dość oczywisty. Jest potomek meksykańskiego imigranta, jakaś Afroamerykanka, kujon, Hindus itd., itp. Każdy z nich ma swoją historię, którą można ubrać w szerszy kontekst, każdy ma swoje metody przygotowania się do zawodów, każdego wspierają – mniej lub bardziej – rodzice, no i każdy chce wygrać z tego, czy innego powodu. Łatwo stąd o dokument o biednych dzieciach wykorzystywanych przez ambitnych rodziców do współzawodnictwa i niemal katorżniczej pracy nad słownikiem, ale nic bardziej mylnego.

Co najbardziej podobało mi się w „Spellbound” to reakcje uczestników i ich rodziców po przegranej. Łzy pojawiały się rzadko, częściej była duma z siebie lub ze swojego dziecka, a nasi bohaterowie schodzili ze sceny smutni, ale z podniesioną głową. Za chwilę byli szczęśliwi, że dokonali czegoś niezwykłego i po prostu się uśmiechali. Jakże to ogromny rozdźwięk w porównaniu do TLC-owych „Małych piękności” i ich zachowania. Dający nadzieję na to, że nie jest jeszcze z tym światem tak źle. Bo przegrywać też trzeba umieć. Może i nawet (na pewno) bardziej niż wygrywać. I z tego względu cała ósemka to zwycięzcy niezależnie od wyniku końcowego. 8/10

PS. Ciekawe, że zawodnicy bez problemu literowali najdłuższe, najbardziej skomplikowane wyrazy, a wykładali się na jakichś prościznach typu „klawesyn”. Hindus np. wyłożyłby się na „Darjeeling”…

***

Undefeated

Ameryka to wspaniały kraj…

Zawsze podziwiałem i zazdrościłem Amerykanom ich podejścia do sportu. Wypasionych stadionów stojących przy głupich liceach, programów sportowych, świetnej siatki rozgrywek ogólnokrajowych, prostej i czytelnej ścieżki od liceum do zawodowego sportu. Niezależnie od tego, że wiórami tego systemu są półgłówki potrafiące tylko grać w futbol (generalizuję, pewnie krzywdząco), to i tak zazdrosnym okiem patrzyłem na warunki zapewniane tym, którzy chcą coś osiągnąć w sporcie. Warunki, którym głupie Orliki równać się nie mogą. Warunki, które dzięki pracy od podstaw sprawiają, że każde kolejne igrzyska to kolejne amerykańskie żniwa medalowe. Ale nic dziwnego – w takich warunkach aż chce się trenować. Mój wuefista dawał nam piłkę i kazał se pograć…

Historię „Undefeated” widzieliście tysiąc razy na dużym ekranie. Tym razem jednak nie jest to fabularne kino sportowe ze znanym aktorem grającym wielkiego trenera, który przyjechał na wieś i zobaczył w miejscowych chłopakach talent. To prawdziwa historia faceta, który zawsze pragnął być trenerem amerykańskiego futbolu. Tak bardzo, że za darmo zgłosił się do trenowania licealnej drużyny. Drużyny, która od lat nie wygrała ani jednego meczu. Ten sezon będzie jednak inny…

Świetna rzecz dla wszystkich, którzy kochają kino sportowe spod znaku Friday Night Lights” (miał być jeszcze jeden film, tym razem z obsadą serialu, ale nie będzie :( ). Jak można się spodziewać – gra w amerykański futbol będzie najmniejszym zmartwieniem trenera zaangażowanego w swoją pracę tak bardzo, jak tylko może być zaangażowany ktoś pełen pasji do tego co robi. Codziennie będzie musiał się zmagać ze zmiennymi humorami swoich graczy, którym ciężko jest zrozumieć, że nie ma „I” w słowie „TEAM” ;).

Kapitalna sprawa prosto z amerykańskiego zadupia, z którego jednak też można wyrwać się przez sport. Czy komuś z tego rocznika się to uda? 9/10

***

Who Is Harry Nilsson (And Why Is Everybody Talkin’ About Him?)

„Czy są zespoły, z których czerpię inspirację? Nilsson – to mój ulubiony zespół” – John Lennon

Ze świata sportu przenosimy się do świata muzyki, by poznać życie i twórczość Harry’ego Nilssona. Wokalisty i autora piosenek, którego kawałki wszyscy znamy, ale niekoniecznie kojarzymy go z samym Nilssonem.

Dokument ów to typowe „gadające głowy” opowiadające o swoim przyjacielu, którego nie ma już wśród żywych. Nie da się ukryć, że snują historię ciekawą (bo sam Nilsson był postacią niebanalną), ale i lekko nużącą. Być może trochę też dlatego, że nie potrafiłem dosłyszeć w utworach artysty tej wielkości, o której opowiadali stawiając go na równi z Beatlesami. Wręcz przeciwnie, miałem wrażenie, że w kółko pisał tę samą piosenkę, a te najbardziej znane kawałki, które wykonywał – nie były jego autorstwa.

Taka już chyba dola artysty, że musi być ekscentryczny, więc nie inaczej z Nilssonem. Problem taki, że zamiast go zrozumieć, momentami trudno go polubić za ten niszczący go egoizm. I nikt nie powiedział, że warunkiem koniecznym do polubienia filmu jest polubienie jego bohatera, ale mimo wszystko jakoś tak częściej patrzyłem na zegarek niż na film. 6/10

Ale, ale, historia Nilssona na pewno jest ciekawa i warto ją poznać, choćby przez ciut nudniejszy dokument. Ja tam się cieszę, jakoś do tej pory nie znałem poniższego kawałka, a wczoraj go poznałem:

***

Człowiek na linie [Man on Wire]

A skoro o egoistach… Bohaterem oskarowego „Człowieka na linie” jest człowiek niewątpliwie utalentowany, który odkąd tylko nauczył się chodzić po linie, to zapragnął chodzić po niej w różnych ładnych lokacjach. Ot np. na linie rozpiętej między wieżami śp. World Trade Centre. I temu przedsięwzięciu podporządkowany jest opisywany właśnie film.

Problem w tym, że nasz bohater oprócz niewątpliwego talentu jest też niewiarygodnym egoistą i narcyzem – a przynajmniej tak wynika z filmu. Słuchając jego pełnych emocji, odpowiednio modulowanego głosu i gestykulowania opowieści ma się wrażenie, że na dwadzieścia ostatnich lat ktoś o nim zapomniał, a on przecież powinien być sławny! No i skoro już sobie o nim przypomniano, to robi wszystko, żeby przekonać widza o swojej wielkości. Nie udaje mu się to, o ile mówimy o wielkości człowieka.

Bo wielkim linoskoczkiem na pewno jest i to nie podlega wątpliwości. Szczególnie gdy na własne oczy zobaczy się w MoW, ile sprytu, pomysłowości i szczęścia trzeba było, żeby zakraść się do WTC, w nocy rozpiąć linę, a o świcie po niej przejść. Ekspedycja taka równa jest niemal wyprawie na księżyc i oglądając film przekonujemy się o tym wiele razy. Szczególnie że zachował się świetny materiał filmowo-zdjęciowy opowiadający nie tylko o wyczynie z WTC, ale i o początkach kariery Pettite’a, bo zdaje się tak się nasz bohater nazywa.

MoW to dokument z gatunku lekko fabularyzowanych przez co ogląda się go jak rasowy thriller szpiegowski. I pomyśleć, że chodzi w nim o chodzenie po linie… 8/10

***

Chasing Ghosts: Beyond the Arcade

Powracają bohaterowie genialnego The King of Kong – no dobra, przesadzam, bo nie jest to żadna kontynuacja, a jedynie dokument na podobny temat. Gier komputerowych i bicia rekordów w nich właśnie. A co za tym idzie znów możemy sobie pooglądać Waltera Daya i jego gitarę, Billy’ego Mitchella i jego fryzurę na Jacka Ziobera, Pana Awesome’a i jego rekord w „Missile Commander” i mojego prywatnego ulubieńca – Roberta Mruczka. Z kotem!

Nie chce mi się sprawdzać dat, ale CG powstał zdaje się przed TKoK i nie ma w nim mowy o rywalizacji ze Steve’em Wiebe’em w „Donkey Konga”. Jest za to mowa o innych grach i rzut oka na najlepszych graczy w danych klasycznych gierkach arkadowych. Poznajemy ich trochę bliżej, zaglądamy im do domów, słuchamy jak przekonują nas o tym, że gra we „Froggera” nie jest stratą czasu itd. Bez żadnych konfliktów i akcji rodem z filmów o Jamesie Bondzie.

I przez to jest to dokument gorszy, bo nie ma żadnej wyraźnej fabuły, a jedynie przedstawienie gracza po graczu. Wszystko oparte na pomyśle ponownego zebrania graczy, którzy w 1982 roku spotkali się na kultowym turnieju sfotografowanym na okładkę przez magazyn Time. Jak potoczyło się ich życie? Co się w nim zmieniło? Czy dalej grają? 7/10

Jest też jeszcze jedna, niespodziewana warstwa w tej historii. Oto jeden z jej bohaterów, emerytowany nauczyciel, rekordzista w „Berserka” (czy jak to się tam nazywa) jakiś czas po występie w filmie został aresztowany za pedofilię. Okazało się, że latami molestował swoich uczniów… Dziwnie się słucha jego wypowiedzi (i młodszego kolegi, którego był mentorem) wiedząc o tym epizodzie z przyszłości.

***

Obejrzałem tych dokumentów jeszcze więcej, ale chwilowo nie mam siły :)

(1641)

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.