Maczeta zabija [Machete Kills]

Z Robertem Rodriguezem jest przynajmniej kilka problemów, a podstawowy to taki, że kręci marne filmy. Nie ma w tym nic dziwnego ani złego, bo ostatecznie świat pełen jest reżyserów kręcących marne filmy. Tyle tylko, że przeważnie żaden z nich nie podskoczył ponad poziom średniej przyzwoitości. Inaczej Rodriguez. Jeszcze w Meksyku wziął odważny rozbieg i filmem za garść dolarów przeskoczył mur dzielący kraj agawy od amerykańskiej ziemi obiecanej. A potem było jeszcze lepiej. „Desperado” zaliczyłem w kinie dwa razy i potem z wypiekami na twarzy cytowałem go w licealnej kafejce razem z kumplami. Dowcip Tarantino, strzelaniny Johna Woo, muzyka el mariaczów, muza reżysera Salma Hayek – poskładane do kupy dały piorunujący efekt, a zakumplowanie się z QT przyniosło za chwilę Od zmierzchu do świtu.

Wydawało się, że oto pojawił się reżyser, który nie będzie nas zanudzał monologami o dupie maryni, a w kino akcji tchnie meksykańskiego ducha szaleństwa. Ale nie, dupa. Rodriguez wziął i nakręcił „Spy Kids”, które wcale nie miały być wyjątkiem od reguły. Odtąd przeplatał coraz słabsze filmy dla dorosłych (Nie lubię „Sin City”, mówiłem już? Zresztą, ile tam Rodrigueza?) z żenująco słabymi filmami dla dzieci.

Cóż mu się stało? Przypadkiem mu te fajne filmy na początku kariery wyszły? Wypśtykał się z oryginalności i zaczął kręcić na siłę? Trudno powiedzieć i nie zamierzam nawet próbować tego tu robić. Od dawna wiem za to, że nazwisko „Rodriguez” nie jest dla mnie synonimem filmu, na który należałoby czekać z biciem serca.

A mimo to na pierwszą „Maczetę” czekałem. Zwiastuny robiły wrażenie, a właściwie to wrażenie zrobił już zwiastun przed „Grindhouse’em”, który nigdy nie miał zamienić się w film. A jednak – zamienił się, produkując wcześniej kolejne krwawe fragmenty budzące niezdrową ciekawość dzieła finalnego. „Ale to będzie jatka!” myślałem ja, myśleli i inni. Do czasu premiery, w necie z zajawek można było już z 1/3 filmu zobaczyć i szybko się okazało, że w całości nie ma nic więcej fajnego. „Maczeta” zawiodła, choć może nie był to zawód na całej linii, ale taki niemiły niedosyt. Niedosyt, który w totalny zawód zamienił się przy okazji części drugiej.

Założenie maczetowej serii było proste i musiało się podobać. Odgrzewamy kino grindhouse’owe i bawimy się jego ulubionymi motywami: przemocą, krwią, seksem, cool tekstami przed zabiciem dwudziestego badgaja. Dawno nikt tego nie robił, a przecież Rodriguez na pewno czuje klimat i ciała nie da. No i niestety – Rodriguez klimatu jednak nie czuje. Co powinno być lekką i niezobowiązującą krwawą jatką do oglądania przy piwie, w jego rękach zamienia się w grubo ciosany tępy topór utkany z kiepskich tekstów i pomysłów zbyt przekombinowanych, żeby być cool. News 4 you, panie Rodriguezie: strzelający maszynowy stanik to wyjątkowy suchar.

Wielu pisało, że „Machete Kills” to nie jest parodia kina C, a tylko kiepskie kino C i mogę się pod tym podpisać i ja. Brakuje mu właściwie wszystkiego, a najbardziej lekkości i ducha nieskrępowanej zabawy przemocą, którą oglądasz z uśmiechem pozbawionym jakiegokolwiek uczucia wstydu, że bawi cię to, że komuś odcięli rękę. Danny Trejo jest tak drewniany, że Seagal i Rasiak mogliby chodzić do niego na lekcje, a krew i wystrzały komputerowo sztuczne. Da się to oglądać, ale po co? To zestaw średnich i bardzo średnich pomysłów wrzuconych do jednego wora i zagranych w epizodach przez wiele gwiazd, które miały akurat dzień dwa wolnego i mogły po znajomości podskoczyć na plan. Wyszedł produkt o lekkości wiadra żelaza.

Jedyne co na plus to chyba właściwie kilka pomysłowych scen śmierci i to wszystko. Ale nie martwcie się, nie jest to najgorszy film na świecie. Za chwilę Machete poleci w kosmos (naprawdę), a trzecia część udowodni, że dało się to zrobić jeszcze gorzej. 5/10

(1624)

PS. Mela Gibsona przemilczam, bo smutek człowieka ogarnia… 

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.