Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Kapitan Phillips [Captain Phillips]

Są jeszcze w ogóle fajne filmy, które nie są oparte na prawdziwych wydarzeniach?R (?R – pytanie retoryczne ;P). Tak się pytam. Nie narzekam, bo lubię filmy oparte na prawdziwych wydarzeniach. A im wydarzenie mniej przeze mnie znane, tym lepiej.

Historii z „Kapitana Phillipsa” nie znałem. Gambit mówił przed seansem, że głośna, ale nie sprawdzałem. Oczywiście, słyszałem nie raz nie dwa o somalijskich piratach, ale jakoś tak bardziej kojarzyłem ich z… piractwem komputerowym :) Nie docierało do mnie skutecznie i nie mieściło się do końca w głowie, że jacyś kolesie z afrykańskiego państwa napadają na statki wymachując szabelkami i skrzecząc papugą. Ale nie uznałem tego za godne głębszego sprawdzenia – newsy o tym, że somalijscy piraci kogoś napadli puszczałem drugim uchem. (Z ciekawostek dotyczących mojej ignorancji dodam jeszcze, że przez długi czas myślałem, że „Polowanie” z Mikkelsenem to film o somalijskich piratach; nie wiem czemu, chyba myślałem do kompletu, że to „Porwanie” a nie „Polowanie”).

Z tego względu to, co najbardziej mi się podobało w filmie Greengrassa, to możliwość zobaczenia niewiarygodnej dla mnie do tej pory historii o tym, jak czterech Somalijczyków w zbudowanej ze szrotu łódce i z obowiązkowymi kałachami jest w stanie opanować wielki, nowoczesny frachtowiec. Gdyby nie film, do tej pory pewnie uważałbym, że to niemożliwe. Wiadomo, to nie jednostka wojskowa, ale mimo wszystko działa na wyobraźnię zobaczenie, do czego zdolny jest zdeterminowany człowiek – w efekcie wywołania afery międzynarodowej i konieczności użycia sił specjalnych. Zwykli, przeciętni kolesie – może to dziwne, ale mnie to nawet trochę motywuje. Ale nie za dużo – w końcu od tygodnia się do recki zbieram 😉

Na pewno podobały mi się też w „Kapitanie…” zdjęcia. Szerokie kadry portów załadowanych kontenerami, bezkresne połacie morza, prawie dokumentalna codzienność na frachtowcu – wszystko to w kategoriach światopoznawczych również było miłe dla mojego oka. No i Tom Hanks, który po raz nie wiadomo już który pozamiatał aktorsko. Co chyba ciekawe, po seansie zachciało mi się przypomnieć sobie te wszystkie komedyjki z początku jego kariery. Zobaczyć je z perspektywy „to sam Tom Hanks”, bo dawno temu, gdy oglądałem je po raz pierwszy perspektywę miałem inną.

Do pewnego czasu podobała mi się też interwencja sił specjalnych. Świetnie zostało to pokazane. Milczący faceci przylatują na spadochronach, żeby zrobić swoje. Nie wykonują żadnego niepotrzebnego ruchu, a tylko krok po kroku wykonują zapisane w manualu SEALS-ów procedury. Nie gadają tylko rozstawiają się na swoich stanowiskach. Skończyło mi się to jednak podobać, gdy uświadomiłem sobie, że perfekcyjny z pozoru plan jest planem najgorszym na świecie polegającym tylko i wyłącznie na szczęściu.

Tak mimochodem przeszliśmy do tego, co mi się nie podobało. Bo docieramy już do sedna ten recki. Choć zewsząd docierają do mnie zachwyty nad „Kapitanem…” to jednak po zwiastunie byłem sceptyczny i nie spieszyło mi się, żeby w te pędy gnać do kina. I może to lepiej, bo nie miałem żadnych oczekiwań, które mogłyby zostać zniszczone. Gambit po seansie uznał, że to na razie jeden z największych zawodów kinowych tego roku, ale ja nie byłbym – i nie jestem – aż tak kategoryczny. Może właśnie dlatego, że nie nastawiałem się na dzieło wybitne, tylko właściwie sam nie wiedziałem na co. Okazało się, że dostałem niezły film, taki na 7/10.

Dlaczego? Głównie pewnie dlatego, że nie wzruszyłem się na nim nic a nic. Wielu widzów mówi, że film Greengrassa chwycił ich za gardło i serce, a ja niestety nie mogę powiedzieć tego samego. Gdyby nie wstrząsająco dobra gra Hanksa w samej końcówce filmu, chyba nawet w ogóle nie poczułbym żadnego dramatyzmu tego, dla mnie zbyt klinicznego w wykonaniu, filmu. Skąd się to bierze? Zapewne z mojego stosunku do Afryki w ogóle – nie potrafię wzruszać się ich ciężkim losem, bo wiem, że w dużej większości sami nie chcą sobie pomóc, by żyło im się lepiej. Mając niepodległość już od lat 50. ubiegłego wieku (generalizuję na cały kontynent) wciąż jedno plemię wyżyna drugie, a wojskowe rządy co trochę na chwilkę „zapewniaja pokój i prosperitę” – niestety, daleko im do cywilizacji (Q-rasista?) i w zasadzie tylko jedną drogę do egoistycznego szczęścia znają. Zastrzelić wroga z kałacha. I choć w „Kapitanie…” nie chodzi o dramat ogółu, a o dramat jednostki (czterech jednostek porywających; o ekipę statku jakoś nie drżałem w ogóle), to jakoś nie potrafiłem się w tym przypadku odciąć od kontekstu.

Reasumując, dobre i nowoczesne kino, ale zachwyty nad nim – przesadzone.

(1623)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.