Igrzyska śmierci – W pierścieniu ognia [The Hunger Games – Catching Fire]

Trudno, a w zasadzie niemożliwe, pisać jest o drugiej części „Igrzysk” bez wspomnienia choćby słowem o Battle Royale. Nieważne, że pisałem o nim w przypadku części pierwszej, bo komu by się chciało zaglądać do jakichś archiwalnych recenzji. Wobec tego i tu muszę wspomnieć o japońskim pierwowzorze (nieświadomym podobno) – tak, widziałem go, co chyba bardzo oczywiste. I tak, w sytuacji, gdy istnieją takie filmy jak BR, robienie filmów takich jak IŚ uważam za zupełnie niepotrzebne. I w zasadzie tylko o uzasadnieniu tej opinii mógłbym tu pisać, ale to by nie miało sensu. Jak kopanie leżącego. Wystarczy, że BR jest o niebo lepsze pod każdym względem. Kropka.

Z drugimi IŚ jest przynajmniej kilka problemów, z czego największy już omówiliśmy. Innym jego problemem jest przekleństwo filmów z góry planowanych na trylogię (olewam książkowy pierwowzór, nie czytałem). W pierwszej części teoretycznie mamy coś nowego, ekscytującego – i na tym głównie polega jej sens pojawienia się w kinie. W części ostatniej teoretycznie musimy mieć rozpierduchę, do której przygotowały nas dwie poprzednie części. Efektowny (daj Boże) epilog, który kończy całą historię z rozmachem i bez hamowania (no bo niby czwartej części nie będzie). A co z częścią środkową? Co dobrego może zaoferować poza rozwinięciem znanego z jedynki pomysłu, ale nie za szybko, żeby efektowności zostało na finał? Niewiele raczej, a przynajmniej tak to wygląda w przypadku dzisiejszych trylogii. IŚ2 to przykład na to najlepszy.

Kontynuujemy więc przygody Katniss we wrogim świecie przyszłości, w którym elyta się bawi, biedacy zapieprzają za głodową stawkę w kilku tzw. Dystryktach, a raz do roku dostają Igrzyska (pomijam sensowność pomysłu: przez 75 lat lud się nie burzy i cieszy, bo dostaje program telewizyjny; zna ktoś serial, który dalej bawi po 75. sezonach?). Sytuacja powoli zaczyna się jednak zmieniać, a Szef Wszystkich Szefów widz w powietrzu budzące się powstanie. Postanawia więc dać ludowi MegaRozrywkę, a za jednym zamachem załatwić grożących jego monarchii Trybutów. Oto do jubileuszowych Igrzysk stają zwycięzcy dotychczasowych Igrzysk.

Brzmi fajnie. Weterani rozpierduchy mają walczyć między sobą – cóż tu może pójść nie tak? No wszystko…

Przede wszystkim nie tak idzie, co wiadomo, kategoria wiekowa. Trudno spodziewać się cudów po filmie PG-13, nawet w sytuacji, gdy filmowe polowanie nie dotyczy już tylko dzieciaków, ale i kilku dorosłych. No ale z tym się godzimy z góry, bo zaskoczenia w kategorii wiekowej nie ma żadnego, więc zostawmy nieobecność krwi i makabry. I bez niej powinno być ciekawie, bo przecież pomysł na film jest prosty i wydajny. Puszczamy na wyspę grupę ludzi, która ma się wzajemnie powybijać. Wystarczy dać im broń i włączyć kamery. Niestety, nie w IŚ2. Bohaterowie nie zdążą nawet rozejrzeć się dookoła, a już atakują ich dzikie małpy, zabójcza mgła i wielka fala. Po chuj? – chciałoby się brzydko zapytać. I dlaczego Szef Wszystkich Szefów, który niejedne Igrzyska już obejrzał, wierzy bez szemrania nowemu specowi od gier, że to dobry pomysł, co by zakończyć zabawę w pierwszym odcinku i wszystkich poparzyć na śmierć mgłą? Trochę zaspoileruję, ale w całym filmie nie ma bodaj ani jednej śmierci zadanej w bezpośredniej walce. O tym, że ktoś zginął dowiadujemy się ze znaków na niebie – standardowo ośmiu, bo dokładnie na tyle prezentacji starcza przygotowany muzyczny dżingiel. (Jeden koleś dostał strzałą w klatę, ale wydaje mi się, że uciekł potem o własnych siłach – współoglądacz twierdzi, że nie; jeśli ma rację, no to choć jedną śmierć mano-a-mano zobaczyliśmy).

Podobnych pytań (jak to o mgłę) jest wiele, na czele chyba z tym: Jak SWS sobie wyobraża uspokoić nastroje społeczne, gdy podczas miłego z założenia święta policja wyciąga z tłumu protestującego dziadka i strzela mu w łeb? No rzeczywiście, uwierzyłbym, że SWS mnie kocha i chce dla mnie wszystkiego najlepszego. Bo przecież gdyby chciał mnie zastraszyć, to zamiast urządzać szopki wydałby rozkaz artylerii i po kłopocie.

Jestem wielkim fanem historii napisanych przez kobiety, w których są jakieś zawody sportowe w nieznanej do tej pory dyscyplinie. Można być pewnym, że autorka – kobiety (PRZEWAŻNIE :P) nie kumają sportu – wymyśli jakąś totalną bzdurę oderwaną od rzeczywistości. W Potterze ten nieszczęsny quidditch, w którym zmagania nie mają żadnego sensu, bo wystarczy poczekać na złotą kulę, czy co to tam potrzebne do wygrania. Tutaj – zamiast pozwolić się pozabijać zawodnikom – wypuszczają na nich krwiożercze małpy. Plus jakaś tarcza zegara, żeby to wyglądało na megazaplanowane i wow.

Tyle już napisałem, a nie napisałem najważniejszego. IŚ to przeokropna nuda, w której nic się nie dzieje. Przysięgam. Gadają, gadają, płoną im sukienki, gadają, gadają, a na okrasę dostajemy wyjątkowo wkurwiająca staruszkę, która cały czas głupio się śmieje i trzeba ją nosić na plecach. Nic tak nie psuje nastroju filmu jak koleś w obcisłych gaciach, który biega po dżungli z wyszczerzoną babcią na plecach. I niech to będzie główna myśl tej recenzji. 5/10

PS. Skąd Katniss bierze strzały?
PS2. Nie słuchajcie pierdół, nie ma tu gołej Jeny Malone, bo być nie może.

(1629)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.