Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Enemies Closer

Renesansu Jean-Claude Van Damme’a ciąg dalszy. Po gorzkim „JCVD” wydawało się przez chwilę, że aktor zajmie się aktorstwem poważnym, ale hype na monolog na taborecie szybko minął i znów Mięśnie z Brukseli przepadły gdzieś tam daleko, nawet nie w kinie klasy B. A potem przyszła brawurowa rola czarnego charakteru w „Niezniszczalnych 2” i „epic split” w wiralu Volvo i znów o JCVD jest głośno. Niedługo pojawi się (zadebiutuje?) w komedii, w której – jak wynika z trailera – będzie miał do siebie bardzo duży dystans, a teraz już można go obejrzeć w czymś bardziej poważnym. Choć nie do końca, bo i tutaj JCVD ma do siebie podobny dystans. Ale to nie komedia. Przynajmniej nie z założenia, raczej toporny dość pastisz.

W „Enemies Closer” Van Damme wraca pod skrzydła Petera Hyamsa, u którego wcześniej już pojawił się w „Strażniku czasu” (najlepszy film o podróżach w czasie, gdyby mnie ktoś spytał) i w „Nagłej śmierci” (nie najlepszy film o hokeju, gdyby mnie ktoś pytał), czyli u szczytu swojej kariery. Czy wraz z EC również może liczyć na takie przesilenie? Nie, nie może.

Pewnego dnia producent „Enemies Closer” stanął przed życiowym dylematem: zrobić film, czy kupić paczkę orzeszków. Wybrał pierwsze, a całą kasę na orzeszki wydał na swój film.

„Enemies Closer” powstało pod auspicjami wytwórni After Dark Films, która do tej pory kojarzona była z niskobudżetowymi horrorami, którym nie sposób było odmówić wdzięku. Teraz najwyraźniej wzięli się za kino akcji i nic poza tym się nie zmieniło. No może tyle, że wdzięku EC starcza na jakieś 20 minut, a potem jest już coraz gorzej. Oprócz tego jest tam wszystko to, co w przypadku horrorów było przepisem na miły sukcesik: malutki budżecik, to, co powinno być w filmach wytwórni ADFAction!, czyli akcja oraz względnie znane nazwiska w obsadzie. I to nie tylko JCVD, bo też Orlando Jones i Tom Everett Scott, którzy kiedyś tam byli znani przez dwie minuty.

Fabułka jest prosta i nie jest to żaden zarzut – tak być powinno. Do strażnika czegoś tam na jakiejś wyspie puka przeszłość w postaci kolesia, który chce pomścić pewną niesprawiedliwość i zabić naszego strażnika. Zanim to zrobi, na wyspie pojawiają się handlarze narkotyków, którzy chcą pozabijać ich obu. Wrogowie muszą się sprzymierzyć, jeśli chcą przetrwać do rana.

Pomysł w porządku, pierwsze minuty, jak najbardziej, też. Jest trochę do lekkiego śmiechu, parę onelinerów i diaboliczny JCVD w roli skrojonej dla siebie – Kanadyjczyka. Pozwala mu to mówić z francuskim akcentem i nie razić sztucznością. Do tego ociupinka napięcia, parę krwawiących trupów i szybkie dojście do punktu, w którym zatrzymałem się z opisem fabuły.

A potem jest już nudno. 5/10

(1631)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.