Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Elizjum [Elysium]

Wielce żałuję, że nie wziąłem sobie na seans kartki z długopisem, bo wyszłaby z tego fajna druga część „Czego się dowiedziałem”. A tak z pamięci odtwarzać to mi się oczywiście nie chce. Tak czy siak, podsumowując już na początku jednym zdaniem, napisać wypada, że to efektowny, ale bardzo głupi film.

Połowa XXII wieku. Przeludniona, wybrana z naturalnych surowców i zanieczyszczona Ziemia to kiepskie miejsce do życia. W zdewastowanych miastach wegetują ludzie, których jedynym zajęciem jest walka o przetrwanie do dnia następnego. Co innego najbogatsi, którzy dawno już się stąd zawinęli i zamieszkali na ogromnej stacji kosmicznej, tytułowym Elizjum. Żyją sobie tam cicho, spokojnie i w dostatku. I mają dwie rzeczy: pięknie dookoła i w dupie Ziemian nie-Obywateli.

Historia już nie raz nauczyła nas, że ostatni będą pierwszymi, więc dlaczego w tym przypadku miałoby być inaczej? Ano właśnie. Młodemu i niepokornemu bohaterowi o fizjonomii Matta Damona w wyniku nieszczęśliwego wypadku zostało pięć dni życia. A jako że jest Ziemianinem to zrobi wszystko, żeby dostać się na orbitę, a stamtąd to już rzut beretem do Elizjum.

Trochę dziwne (a może właśnie wcale, hmm), że wychowany w podzielonej apartheidem RPA Neill Blomkamp walnął scenariusz filmu, który na lekcji wychowawczej chętnie puściliby swoim dzieciakom teksańskie rednecki dbające o to, żeby czasem przez granicę nie śmignął ani jeden Meksykaniec. Można by się po reżyserze spodziewać większej empatii, choć z drugiej strony co dla jednego może być filmem z gatunku „jak to powinno wyglądać”, dla drugiego może być filmem o obalaniu niesprawiedliwości dziejowej. Wszystko zależy od punktu widzenia. Jaki by on jednak nie był, chyba nie da się nie zauważyć, że całe rozwinięcie podstawowego konceptu filmu to jedna wielka bzdura.

Palców obu rąk by brakło, gdyby nagle zachciało się komuś zacząć wymieniać niedorzeczności „Elizjum”. Wszelkie nadzieje na cokolwiek mądrzejszego pryskają w chwili, gdy okazuje się, że prawdopodobnie jedyną obroną stacji kosmicznej Elizjum przed niechcianymi imigrantami jest koleś z ręczną wyrzutnią rakiet. Koleś mieszkający zresztą na Ziemi. Potem mądrzej już nie będzie.

Na szczęście pomijając scenariuszowe bzdury nadal pozostaje całkiem widowiskowe kino, które można oglądać bez znużenia. Wszystko to już co prawda widzieliśmy w debiutanckim „Dystrykcie 9” Blomkampa, ale co szkodzi pooglądać jeszcze raz ludzi w egzoszkieletach napieprzających się z droidami Homeland Security? Dobrą robotę zrobili scenografowie, bo zarówno zdewastowana Ziemia jak i rajskie Elizjum wyglądają bardzo przyjemnie dla oka (efekty z drugiej strony momentami trochę rażą sztucznością). Można więc wyłączyć mózg i pooglądać to sprawnie zrealizowane kino, które niestety nie jest dla południowoafrykańskiego reżysera żadnym krokiem do przodu. I każe zrewidować poglądy (ja takich nie miałem, więc nic nie rewiduję), że Blomkamp to najlepsze co mogło się przytrafić sensacyjnemu kinu science-fiction. 7/10

(1630)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.