WFF 2013 – Mój pies Killer [Môj pes Killer aka My Dog Killer]

Przyznać muszę – a zbliżamy się do końca WFF-owych recenzji – że moje wybory na ostatni dzień festiwalu nie były zbyt udane. I tą hiobową wieścią rozpoczynam reckę ww. filmu.

„Mój pies Killer” to słowacki kandydat do Oscara aczkolwiek nie mam pojęcia, co Słowacy chcą nim wygrać. Bo chyba nie Oscara. Oczywiście całkiem możliwe, że nie znam się na wartościowych filmach i się zdziwię.

Nie odmawiam filmowi podjęcia niełatwego tematu, uczynienia bohaterami niezbyt sympatycznych postaci, powiedzenia sporo o współczesnej Słowacji, ale nudy nie lubię. A nudy jest tu sporo. Jeśli w Yozgat Blues nic się nie działo, to w „My Dog Killer” nie dzieje się jeszcze więcej.

Bohaterem jest młody skinhead Marek, którego ojciec ma kłopoty finansowe. Aby się z nich wykaraskać konieczny jest podpis na jakimś tam dokumencie złożony przez matkę naszego skinheada. Matka samotnie wychowuje drugiego syna z innego związku, a jej stara rodzina nie chciałaby jej znać. Gdyby nie ten podpis.

Marek, jak przystało na skinheada (aczkolwiek takiego melancholijnego) ma psa, którego bynajmniej nie trenuje na kanapowca. Nie trzeba geniusza, by domyślić się, że ów pies w ostatnim akcie zaszczeka. W jaki sposób? No tego wam nie powiem.

Gdyby wyciąć z filmu tylko esencję to trwałby jakieś pół godziny. Resztę stanowiłoby patrzenie się przed siebie, jazda na motorku, chodzenie z buta i wołanie psa, żeby przyszedł do nogi. 5/10

(1615)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.