WFF 2013 – Brudne wojny [Dirty Wars]

Kończymy, zapewne ku uciesze wielu ;P, ten szybki przegląd WFF-owych filmów. Miałem obejrzeć jeszcze kilka, ale w domu to już nie to samo. Na koniec jeszcze jeden dokument…

Lubię dokumenty 😉 ale mniej przepadam za tymi politycznymi. Może w Ameryce kogoś szokuje, że Ameryka nie jest wcale taka wspaniała jak mówią w Wiadomościach, ale doprawdy nie widzę niczego odkrywczego w prezentowanych nam tutaj mądrościach spod znaku „świat to jedno wielkie pole bitwy” i ujawnieniu skrytych do tej pory sensacji. Słuchajcie, amerykańskie siły zbrojne prowadzą tajne operacje na całym świecie! No niemożliwe.

Zapewne powinienem się też wzruszyć ciężkim losem islamskich kobiet i dzieci, które każdego roku powiększają liczbę ofiar w rubryce „collateral damage”, ale jakoś też nie potrafię. Islamscy bohaterowie „Dirty Wars”, każdy jeden, są święci i niewinni. Oni tylko pili czaj i tańczyli, gdy niespodziewanie do domu weszło im brodate wojsko i zaczęło strzelać.

Zamiast tego podśmiechuję się słysząc z offu święte oburzenie reżysera, do którego zadzwonił jakiś ktoś z amerykańskiej agencji wywiadowczej. Skąd miał mój numer?! Przecież mu nie dawałem!…

Świat nie jest czarny ani biały, jest szary. Amerykanie nie są święci, a Arabowie Talibowie nie są złem wcielonym. Ale też siejesz wiatr, zbierasz burzę… „Dirty Wars” na pewno pobudza do żarliwych dyskusji i tego nie można mu odmówić, ale w dokumentach szukam jednak czegoś innego. 7/10

Ach, o czym jest film? O supertajnej jednostce specjalnej JSOC, która przestała być tajna z chwilą ogłoszenia zabicia Bin Ladena.

(1617)

PS. Zebrane do kupy wszystkie recenzje WFF-owe znajdziecie TUTAJ.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.