Serialowo, s06e02

Siedzi Janko Muzykant pod drzewem i myśli: „Dexter” się skończył, „Breaking Bad” się skończył, cholera, i „Homeland” też się coś źle czuje…

Hostages, 1×03

Każdego roku pojawia się kilka seriali, które zasłużenie szybciorem dostają kopa z telewizyjnej ramówki i nikt za nimi nie tęskni. Pojawia się też jednak zawsze przynajmniej jeden serial, który dostaje kopa z ramówki tylko i wyłącznie z powodu słabej oglądalności, choć spora część widzów naprawdę go żałuje i chciałaby oglądać dalej. W rozpoczętym niedawno sezonie padło na „Hostages”.

Nie wiem czy jest sens wciągać się w „Hostages” jeśli jeszcze nie zaczęliście, bo pewno raz dwa pięć ogłoszą jego cancel, ale jeśli już się go ogląda to, cholera, trochę szkoda. Nie dlatego, że to świetna telewizja, ale dlatego, że to porządna telewizja. Podążająca ścieżkami wytartymi, pisałem o tym przy okazji pilota, przez „Prison Break” czy „Revenge”. Mamy hasło „Zabij prezydenta” (tam „Ucieknij z więzienia” i „Zemścij się”) i głowa scenarzystów w tym, żeby bohaterom co chwilę rzucać jakieś kłody pod nogi.

Szczerze powiedziawszy drugi odcinek „Hostages” mnie uśpił i już miałem odpuszczać, ale po obejrzeniu odcinka trzeciego stawiałbym raczej na to, że byłem zmęczony. W 1×03 nudy nie stwierdziłem, a akcja wartko gna do przodu. Nie jest to może (a nawet na pewno) arcydzieło nieprzewidywalności, ale jak dla mnie przyjemnie się rzuca spodziewane teksty razem z bohaterami serialu.
– Wierzysz mi?
– ….. Nie!

Badgaje, zgodnie z przypuszczeniami, są coraz bardziej sympatyczni i tylko czekać, żeby rozjaśniło się coraz więcej. Osobiście stawiałbym na zamieszanie First Lady, bo chyba nieprzypadkowo gra ją Mary Elizabeth Mastrantonio (operacje plastyczne, które podejrzewam, nie posłużyły jej za bardzo). Szczególnie że sam Prezydent to straszna safanduła, która raczej nic złego nie zrobiła, żeby ją teraz zabijać. Mnie się podoba. Najfajniejszy serial jak na razie (na bezrybiu…).

Masters of Sex, 1×01

Skorzystałem z Waszego polecenia i… cancel niestety.

Było wszystko co powinno być. John Madden z wieczną okejką ode mnie za „Zakochanego Szekspira”, Michael Sheen, którego bardzo lubię, choć zawsze mi się wydaje, że ma imię Martin, prawdziwa historia dotycząca ciekawego tytułu, gołe cycki… ;P No ale mnie nie urzekło.

Nawet początek był bardzo fajny i pierwsze minuty upłynęły mi więcej niż pozytywnie – głównie za sprawą zmyślnych dialogów. Niestety potem zostało tylko nudne przekonywanie obcych lasek, żeby się rozebrały i „zabawne” epizody z podglądaniem kochających się ludzi. Usnąłem.

Moja diagnoza jest taka: lepiej sobie „Kinseya” obejrzeć.

Castle, 6×02

Nie lubię poważnych odcinków „Castle’a”. O Boże! Castle zginie już w drugim odcinku?!… No bądźmy poważni. Tak jak nie lubiłem odcinków o Matce Kate, tak takie dwuodcinkowce toleruję jedynie w środku sezonu, gdy potrzebny jest jakiś midseasonowy cliffhanger. Poza tym od „Castle’a” oczekuję nieskrępowanego funu i pokręconych spraw do rozwiązania. Fillon, który sprawdza się jako wesołek, jako poważny bohater serialu dramatycznego traci dużo na swoim uroku.

Nie ma się co więc za wiele rozpisywać. Kate, wracaj do starej roboty i gońcie Ryana i Esposito, żeby wypytywali się sąsiadów czy nie widzieli czasem ubiegłej nocy mężczyzny przebranego za wibrator z tworzywa sztucznego!

Homeland, 3×02

W świetle nieobecności Rudego większość ciężaru odpowiedzialności za serial spadła na Julię od Romea. I jest to akurat tak złe, jak zła jest używająca przesadnych środków aktorskich Danes w roli chorej na mózg agentki CIA. Dzielone przez moją niechęć do niej.

W dwóch pierwszych odcinkach dzieje się niewiele. Co gorsza, nie ma nawet zaczynu jakiejś fabuły na ten sezon. Oby jak najszybciej odkryli więc w przelewach bankowych jakieś szokujące fakty, bo chęć oglądania serialu tylko po to, żeby na stopklatce zobaczyć, czy Danie (nie mylić z Danes!) coś widać – nie wystarczy!

The Blacklist, 1×02

Pilot podobał mi się bardzo. Po 10 minutach drugiego odcinka boję się, że dalej nie dam rady. Bo choć już pilot pachniał zwyczajnym proceduralem, to jednak podświadomie czułem, że serial ów zaoferuje coś więcej. No i po tych 10 feralnych minutach mam wrażenie, że jednak będzie tylko proceudral, którego nie mam ochoty oglądać.

Dajcie znać czy się mylę to ruszę dalej. Bez tego cancel.

Sons of Anarchy, 6×05

Nic tak nie ożywia serialu jak trup. Nie wiem co się stało w łepetynę Sutterowi, ale stos trupów z czwartego odcinka na każdym mógł zrobić wrażenie. Oczywiście przyniósł też ze sobą spodziewane konsekwencje – uspokojenie akcji w piątym odcinku.

Brawo dla Suttera dla odwagę i uśmiercenie spokojnie licząc dwóch i pół ważnych dla sezonu/serialu postaci, ale mam wrażenie, że to już tylko desperacja i sposób na to, by podtrzymać zainteresowanie serialem. SoA zresztą od dłuższego czasu ciągnie już głównie tylko na pokazywaniu kolejnych obleśnych rzeczy (jak w końcu wymyślili coś obleśnego z Katey to kurde mogli pokazać trochę więcej :P), do których teraz doszło ćwiartowanie grubego itp. Żeby choć była tu jakaś postać, której by się kibicowało… Unser i Tara mogą odjechać w stronę zachodzącego słońca – reszcie krzyż na mogiłę.

Kolejną desperację widać w zabiciu jedynej postaci w sezonie, która dawała nadzieję na coś więcej, jakiś nowy wątek, który pociągnie do przodu serial. Jak dla mnie to znak na to, że nikt nie ma pojęcia co jeszcze z SoA zrobić i po omacku próbują tego czy tamtego. Serio, dołożyć diabolicznego marshalla narkomana tylko po to, żeby go ukatrupić?

I znowu się będą z Irishami szarpać, co akurat mi nie podchodzi, bo śmieszą mnie koneksje Misiów Tulisiów (c)gawith z jakiejś dziury w Stanach z IRA. Sądząc po plakacie sezonu jego clue (sezonu nie plakatu) ma być wewnętrzna walka SAMCRO pomiędzy wszystkimi jego członkami. No cóż, na razie wygląda to tak marnie jak podwątek Bobby’ego Elvisa, który póki co ograniczył się do pokazywania go na motorze i w knajpie kreślącego pisakiem po mapie. Ekscytujące!

Zresztą takich zabawnych rzeczy jest w SoA dużo więcej. Serio, oddalibyście dzieci pod opiekę komuś, kto wygląda tak jak Wendy??

Survivor, 27×04

Na „Survivora” zawsze można liczyć i nie zawiodłem się na nim jeszcze chyba nigdy. Jasne, czasem trafiały się odcinki, a nawet sezony, słabsze, ale poniżej jakiegoś poziomu nigdy nie zszedł. Tym razem (znów ;P) potwierdza się to o czym pisałem wcześniej – zmiany, jakie w formule programu zostały dokonane przed jego startem wyszły zdecydowanie na plus. Znów twórcy mogą się cieszyć z tego, co od zawsze lubią najbardziej – rzeczy, których „jeszcze w Survivorze nie było!”.

Czwarty odcinek rozpoczął się małym trzęsieniem ziemi i zakończył się tym samym. W środku było przeciętnie, ale i tak mnogość kombinacji, jakie daje wypchnięcie na odludzie członków rodzin i pozwolenie im radzić się między sobą i wymieniać różnymi informacjami i decyzjami sprawia, że liczba kombinacji taktycznych znacznie wzrosła. Sprawny poszukiwacz przekrętów pewnie zauważy, że jakoś tak bardzo łatwo przyszło zawodnikom przystosowanie się do nowych możliwości taktycznych, ale to nie ja. Nie w przypadku „Survivora”. Póki nie czytam spoilerów to bez stresu mogę być survivorowym naiwniakiem.

Agents of S.H.I.E.L.D., 1×02

Nie będę robił specjalnego wydarzenia z powodu cancela powyższego serialu po dwóch odcinkach, bo w ogóle na niego nie czekałem, więc nie mam powodu czuć się zawiedziony. Podoba Wam się? Spoko loko, mnie nie.

Gdybym miał określić go jednym słowem to nazwałby go „dziecinnym”. Takie seriale jak ten dobre były w latach dziewięćdziesiątych, a nie w epoce „Breaking Bad”. I zresztą jak taką staroć się go ogląda. W drugim odcinku było sporo akcji, ale nie różniła się ona niczym od podobnych strzelanin w „Drużynie A” czy „MacGyverze”.

Sprawdziło się (znów ;P) to, co pisałem po pilocie – serial będzie się starał robić hype głośnymi cameosami. I bum, Samuel L. Jackson.

Nie jest to wyjątkowo zły serial, już raczej wyjątkowo archaiczny. Podoba mi się w nim jedynie zabawne przekomarzanie się aktorów. Nawet tak drewnianych. 

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.