Hostages, 1×01

Chyba trzeba się zacząć interesować izraelskimi serialami – muszą być dobre skoro je tak co chwilę rimejkują. Dopiero co Homeland, a teraz „Hostages”…

Wychodzi na to, że znalazłem sposób na oglądanie nowych seriali. Nie zawsze mi się chce, odpuszczam, nie mam o czym pisać potem. Ale jak mnie zapytacie co o czymś nowym sądzę, to mi głupio nie sądzić nic i to oglądam, by sądzić. Tak było w przypadku The Blacklist i tak jest w przypadku „Hostages”. Zdanie dopisane tylko po to, żeby każdy akapit nie kończył się tytułem „Hostages”. AAAA!

Grupa porywaczy włamuje się do domu pani doktor, która następnego dnia ma operować prezydenta Stanów Zjednoczonych. Więżą ją i jej rodzinę grożąc poważnymi konsekwencjami, jeśli nie będzie z nimi współpracować… W obsadzie sporo znanych twarzy: Toni Collette, Dylan McDermott, Tate Donovan, Mary Elizabeth Mastrantonio oraz nasz ulubiony serialowy Murzyn, który – jak to właśnie sprawdziłem – zwie się Billy Brown.

Sam z siebie bym tego nie obejrzał, bo choć zobaczyłem plakat i miałem świadomość istnienia takiego serialu, to wiadomości o niskiej oglądalności pewnie by mi go przekreśliły. Wiadomo, jak się samemu czegoś nie obejrzy, to nikt ci nie powie jak jest naprawdę. Ale przy takiej ilości seriali wszystkiego oglądać nie sposób i jakoś trzeba oddzielać ziarno od plew. W przypadku „Hostages” byłoby przykro, bo to całkiem przyzwoity serial jest. Na pewno bardziej zaciekawił mnie niż obejrzane po nim dwa odcinki „Sleepy Hollow” i pilot „S.H.I.E.L.D.”.

Nie wiem na co ludzie narzekają i czego się spodziewają po serialach, bo naprawdę nie jest tak źle jak można przeczytać w niektórych opiniach. I to nie tylko dlatego, że pies przeżył. Pewnie, oryginalnością nie grzeszy, a i mądrością momentami też nie (początkowa akcja odbicia zakładników przez McDermotta skrajnie nierealna, choć zakończona badassowym zdaniem), ale zostawia widza z tym, z czym powinien zostawić go serial – z ciekawością tego co dalej. Owszem, jestem tego ciekawy, bo wygląda na historię rodem z „Prison Breaka” czy Revenge. Co chwilę twisty i kłody pod nogi – nawet jeśli niezbyt wyszukane twisty, to zawsze twisty.

Ciekawe w „Hostages” jest pewne odwrócenie ról. Póki co delikatnie sygnalizowane. Oto serialowi porywacze, choć plany mają niecne, wszystko wskazuje na to, że działają z podszeptu serca i w głębi duszy zależy im na tym, żeby było dobrze (i to dla Ameryki, a nie dla nich). I choć robią źle to w dobrym celu. Tymczasem tytułowi zakładnicy, modelowa amerykańska rodzina z pocztówek z lat 50. – prawie każdy z nich ma coś za pazurami i chowa w szafie jakąś tajemnicę. I wygląda na to, że nie wszystko jeszcze o nich wiemy, a przynajmniej nie powinniśmy – tak działają seriale. Z tego punktu widzenia coś, co na pierwszy rzut oka jest dramatem rodziny terroryzowanej przez porywaczy, niekoniecznie właśnie tym być musi.

Wieści o oglądalności serialu są bezlitosne i nie wygląda na to, że dociągnie drugiego sezonu. Ale może to i dobrze, bo to historia na jeden dobry sezon. 

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.