Diana

Przed nami kolejny film z jakże licznie reprezentowanego gatunku „dobrze, że miałem na niego darmową wejściówkę”.

O Księżnej Di napisano i nakręcono już chyba wszystko – przekonuję się o tym np. w każde święta bądź ważne wydarzenia w brytyjskiej rodzinie królewskiej, gdy w telewizji pokazują kolejny dokument o członkach tamtejszej monarchii. Temat to niewyczerpanych dokumentów począwszy od dumania nad tym, którego konia kochał książę Karol, a skończywszy na przedstawieniu czterech starszych pań, które zawodowo odpisują na listy do Królowej i jej następców. Z drugiej strony, kinowych filmów o Di chyba jeszcze nie było. No to teraz jest.

A właściwie jest to film o ostatnich dwóch latach jej życia i uczuciu, jakim darzyła pewnego pakistańskiego chirurga (w tej roli niezapomniany Sayid Jarrah). Uczuciu, o którym zdaje się nie do końca wszystko było wiadomo, ale teraz się to zmieni, bo film odkryje przed nami wszystkie jego szczegóły.

Ile prawdy jest w filmie Hirl… Hisr… Hri… reżysera głośnego „Eksperymentu” tego nie wiem, bo aż tak nie siedzę w temacie. Może i nawet nie odkrywa on przed nami żadnej nie wiadomo jakiej sensacji, też nie wiem. Niezależnie od sytuacji, ja byłem zupełnie obojętny na to, co zobaczyłem. Ani mnie nie porwało, ani nie zaciekawiło, ani specjalnie nie wzruszyło – sprawnie nakręcona końcówka dopiero lekko wzrusza. A wcześniej?

A wcześniej wieje strasznym banałem. OK, skoro to film oparty na faktach, to może i w rzeczywistości bohaterowie płomiennego romansu byli strasznie nudni. A skoro tak to po co robić o tym film? Diana to słodka i naiwna idiotka, której rzeczywiście można współczuć jedynie w momentach osaczania jej przez paparuchów (królowa, Karol, Willy i Harry praktycznie w tym filmie nie istnieją – to tak na wypadek, gdybyście się ich spodziewali), a z kolei pan chirurg jest taki beznadziejny, że trudno uwierzyć, że mógłby oczarować kobietę ot tak, jak to pokazano w filmie. Po prostu. Dwa słowa gadki i księżna ugotowana. Fatalna to postać, która cały czas pali papierosy, udaje snoba cytując perskiego poetę Rumiego i z grubsza zachowuje się jak wyedukowany cham, który potrafi się dobrze maskować. Sayid ubrał ją w minę skrzywdzonego cocker spaniela, co powinno mu przynieść choćby nominację do Złotej Maliny.

Zerkam na IMDb i widzę ocenę w granicach oszałamiającego 4/10 – lekka to przesada, bo aż tak źle nie jest (być może wpływ na to ma lobby optujące za wyniesieniem Di na ołtarze). Jest przeciętnie i banalnie, ale znośnie. Film sprawia wrażenie zlepku scen wyciętych z serialu (słaby scenariusz), w którym to wszystko zostało lepiej i dokładniej opowiedziane, ale nie żenuje. No chyba, że jest się psychofanem Lady Di to wtedy domyślam się, że można lekko się wkurzyć. Mnie seans pozostawił obojętnym. I z myślą o tym, żeby może jeszcze do Tesco na zakupy skoczyć mimo późnej pory. 6/10

Jedyne większe brawa należą się dla Naomi Watts, którą momentami naprawdę można było pomylić z oryginałem. Świetną robotę zrobili charakteryzatorzy i kostiumolodzy, no i sama Naomi. Choć myślę, że o Oscarze może sobie pomarzyć.

Jednym słowem: Królowa dalej dzieli i rządzi.

(1586)

PS. Ale się Duckface postarzała. No chyba, że to charakteryzacja. 

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.