Wolverine w 4D, ale bardziej 4D w Wolverinie

Trafiłem w końcu na seans do sali 4D w warszawskiej Arkadii. Zbierałem się na to, zbierałem się na tamto, aż w końcu zebrałem się na film, na który w 4D się nie zbierałem – tytułowy „Wolverine”. A jako że było to moje pierwsze zetknięcie z tą atrakcją, to recka bardziej dotyczyć będzie jej niż samego filmu. Film jest bardzo fajny, spokojne 8/10. Natomiast 4D…

Bilety są drogie, nie ulega wątpliwości. 51 zeta za seans (ze swoimi okularami 3D 48) to sporo, ale na szczęście 4D nie robi aż takiego wrażenia, żeby teraz koniecznie chodzić na filmy tylko tam i bankrutować. Jednorazowego wydania tej kwoty nie ma jednak co żałować i na pewno warto przekonać się na własnej skórze, jak film ogląda się w takich warunkach. Nawet za tyle kasy. I pozostaje wierzyć, że grane są tam tylko takie filmy, w których 4D ma sens, a nie jest użyte tylko po to, żeby go użyć.

Czym się to 4D je? 4D to 3D wzbogacone o dodatkowe efekty. Reklama głosi, że „w jego skład” wchodzą fotele zsynchronizowane z akcją filmu, efekty świetlne, efekty zapachowe, podmuchy wiatru i w końcu wodna mgiełka od zadań specjalnych. Nietrudno się domyślić, że kluczowym przy sensownym zastosowaniu powyższych jest sam film, bo nawet najlepiej zsynchronizowane z akcją fotele na nic, gdy na ekranie ciągle gadają. Samochodowych pościgów im trzeba! Itd. itp. A jako że (o ile dobrze rozumiem) filmów nie kręci się pod 4D, a raczej dopasowuje 4D do nich, to do idealnego efektu tego efektu (sic!) potrzeba dużo. I jak na razie to nic więcej niż ciekawostka, choć oczywiście opieram swoją opinię na jednym tylko seansie.

Od razu skasujmy efekty zapachowe i świetlne. Podczas seansu dwa razy czuć było jakiś ziołowy zapach i może ze dwa razy ostro błysnęło mocne światło (stroboskopowopodobny oślepiający reflektor na suficie). To wszystko. Taki błysk głównie pojawił się przy… logo wytwórni na początku i potem chyba w trakcie wybuchu bomby atomowej i jeszcze kiedyś. No to cztery razy. Mógł pojawić się także podczas burzy z piorunami, ale tego zaniechano zapewne z powodu ww. oślepiania widza. Natomiast efekty zapachowe póki co wydają się zupełnie zbędne i niemożliwe (na mój rozum) do solidnego wykonania. No bo co? Gdy bohaterowie idą kanałami (przykład niewolverine’owy) to widzowie mają siedzieć w smrodzie? A co, jeśli z tych kanałów wychodzą prosto na kwietną łąkę? Jak szybko zastąpić smród kanałów zapachem kwiatów?

Kolejne problematyczne udogodnienie to wodna mgiełka. Tak ją nazywam, choć bardziej efektownie w reklamie się to pewnie efektami wodnymi nazywa albo coś w ten deseń. Cóż, nie trzeba orła, żeby domyślić się, że nikt z widzów nie chciałby wyjść z kina mokry. Dlatego przy deszczu (a było go sporo w „Wolverine’ie”) na szczęście/niestety nic spod dachu na nas nie pada. Kiedy więc użyć takiej mgiełki? Nie wiem, jak w innych filmach, ale akurat tutaj mieli szczęście, bo były trzy takie sceny, w których sprawdziła się idealnie. Ale nie chcę psuć zabawy i ich zdradzać. Na dłuższą jednak metę nie widzę przyszłości w zalewaniu widzów wodnymi mgiełkami, ot choćby dlatego jeszcze, że skierowane na twarz zasnuwają na chwilę okulary 3D i nie wiadomo czy je zdejmować i wytrzeć, czy może czekać aż para wodna sama zniknie.

Została nam więc kwintesencja – ruszające się fotele i podmuchy wiatru – tak naprawdę stanowiące 90% tego całego efektu 4D (nie nowego warto dodać, już w połowie ubiegłego wieku William Castle podłączał kinowe fotele do prądu itp.). I dające, jeśli dobrze użyte, rzeczywiście dodatkową frajdę podczas seansu. Mogę się tylko domyślić, że dobrze zgrane z szóstą częścią „Szybkich i wściekłych” dawały radę. Tutaj też „lśniły” pełnią blasku podczas sceny na dachu szybkiego pociągu. Gdyby tylko podmuchy wiatru były jeszcze silniejsze, to chyba warto byłoby dać Oscara za ten jeden tylko efekt. Niestety, nie zawsze synchronizacja z filmem była jak należy, co tylko udowodniło, jak wiele od niej zależy. Fotele ruszające się kilka sekund po manewrach samolotu nie wypadły fajnie. Schodziliśmy do lądowania, gdy na ekranie jechał już samochód.

Na pewno było w trakcie trwania filmu za dużo tego ruszania się foteli. Domyślam się, że kino, które bierze od widza niemałe pieniądze, nie chce, żeby ów widz był zawiedziony tym, że dostał tylko trzy efekty na krzyż (a w sumie tyle by tego było, gdyby ograniczyć je tylko do momentów, w których wzbogacały scenę), ale np. podczas scen walki gibanie się foteli przeszkadza w skupieniu się na akcji. Człowiek próbuje się domyślić a propos czego fotel właśnie się poruszył i koncentracja na filmie siada. Mnie dodatkowo przeszkadzały świśnięcia w tył głowy wypuszczonych strzał, od których nie dało się uciec. Ale że niepotrzebne to tego bym nie powiedział.

No i gdyby nie 4D, to po seansie nie odbylibyśmy też z gambitem rozkminkowej rozmowy na temat (nie)użycia dodatkowych efektów w scenie ataku wojowników ninja. Chłopaki, wiadomo, cisi zabójcy – idę o zakład, że niezłe dyskusje musiały się odbyć odnośnie tej sceny podczas planowania efektów. Wzbogacać, czy nie, przecież oni są bezszelestni!

Podsumowując – przyjemna ciekawostka na jeden raz. Na pewno warto przeżyć w 4D scenę na dachu pociągu, no i nie do przecenienia był przerażony krzyk lasi na fotelu nieopodal, którą przeraził nuklearny wybuch.

Namęczyłem się, a tu jeszcze o filmie trzeba napisać… Filmowych „X-Menów” bardzo lubię (1, 2, 3, 4), komiksowych nie znam wcale. Bardzo lubię, ale nie znaczy, że dobrze pamiętam, oj nie. Potęgę finałowego twista po napisach musiał mi dopiero gambit wytłumaczyć, bo nie załapałem o co halo. Piszę o tym, żeby nakreślić z jakiego poziomu widza serii formułuję swoją opinią. A jest ona taka, że „Wolverine” to bardzo fajny film, który bije na głowę poprzednie solo przygody Rosomaka, które przede wszystkim raziły amatorskimi efektami specjalnymi. Tutaj na szczęście nie ma mowy o plastikowych pazurach tytułowego bohatera. Choć nie jest tak, że nie ma się czego czepiać – ot choćby braku ran na dłoniach po pojawieniu się ww. pazurów w fazie „nie jestem już nieśmiertelny i można mnie skutecznie zranić”.

Dużo dobrego dał całej historii japoński background (Japonia zwykle dobrze wypada w hollywoodzkich filmach), a że sam Wolverine jest taką postacią, której nie można nie lubić, to pozostaje już tylko czekać na nieocenzurowaną wersję DVD i obejrzeć film jeszcze raz. A i do kina warto skoczyć. Dla mnie, jak już wspomniałem, 8/10, a gambit poszedł krok dalej i powiedział, że to dla niego najlepszy blockbuster lata. No ale on się w Japonce zakochał i mu przesłoniła całą resztę. A przecież trochę niepotrzebnego przynudzania tu mimo wszystko było.

(1575) 

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl