Przed północą [Before Midnight]

Ci, którzy zaglądają na Q-Fejsa już wiedzą, natomiast ci, którzy na Q-Fejsa nie zaglądają dowiedzą się teraz: 7/10. „Przed północą” to film zupełnie niepotrzebny.

Kiedy usłyszałem, że PP powstał (nie miałem pojęcia, że go kręcą, dostrzegłem dopiero pozytywne pofestiwalowe recenzje) zdziwiłem się, bo nie miałem pojęcia, co jeszcze można by w tym temacie dodać. Romantyczne losy dwójki głównych bohaterów zostały w pełni wyczerpane w poprzednich filmach i wg mnie nie było już nic do dodania. Właściwie już „Przed wschodem słońca” (jeden z moich ulubionych filmów; zobaczyłem go kiedyś przypadkiem w telewizji późno w nocy nic o nim nie wiedząc i potem długo nie mogłem zasnąć) nie wymagał kontynuacji. Genialny, prosty film oparty na rozmowie, zakończony w sposób wybitny. Sposób dzięki któremu każdy mógł sobie dośpiewać zakończenie. Przespali się ze sobą? Nie przespali? Spotkali się za pół roku? Nie spotkali? Wszystko – w zależności od tego czy jesteśmy romantykami, twardo stąpamy po ziemi i myślimy o sobie per realista – mogło w naszej głowie skończyć się różnie i to było w tym pięknym filmie najlepsze.

Powinienem teraz napisać, że na dwójkę trzeba było długo poczekać, ale w tym przypadku wydaje mi się to nieco przekłamane, bo w świetle zakończenia jedynki na cd nie czekałem (i myślę, że nie jestem w tym sam). Ale gdy ciąg dalszy jednak przyszedł skłamałbym, że się nie cieszyłem. Powrót do postaci znanych i lubianych, postaci, z którymi spędziło się magiczną noc w Wiedniu, kusiło i nie zawiodło. Linklater za nas odpowiedział na wszystkie nurtujące pytania i w dość krótkim Przed zachodem słońca dopełnił całej historii. A przynajmniej tak się wydawało.

Mimo wszystko przegapić „Przed północą” nie mogłem. Szybko jednak okazało się, że wszystkie moje zastrzeżenia sprawdziły się co do joty – trzecia część okazała się opowieścią zupełnie niepotrzebną. O ile w Sunrise zaintrygowało nas przypadkowe spotkanie i to, co z niego wyniknie, w Sunset głównym wabikiem do seansu było to, że w końcu wszystkie nasze przypuszczenia zostaną zweryfikowane, to w Midnight nie ma żadnego punktu zaczepienia, który kazałby nam się zastanawiać choć przez chwilę, jak się to skończy i do czego zmierza. Wiadomo, jak się skończy, a wszelkie snute w nim dyskusje prowadzą do tylko jednego: żeby sobie pogadać.

Owszem, niby jest tu jakiś problem, jakieś tarcie, które nagle wybucha potokiem pretensji i żali (głównie ze strony Celine), ale przecież ani przez chwilę nie ma żadnego zagrożenia. Nasi bohaterowie siedzą na rajskiej wyspie, przez ostatnie dwa miesiące nic nie robili tylko pływali i dobrze jedli dyskutując z podobnymi sobie sybarytami (chciałem napisać snobami, ale jakoś tak z sympatii…), więc tym bardziej trudno nie puszczać do nich oczka, gdy dyskutują, jacy są nieszczęśliwi. Ale głównie trudno martwić się tym, że nasza para pójdzie na końcu osobnymi drogami! Trudno, bo z poprzednich – i z tego też – filmów wiemy już doskonale, że trudno o lepiej dobraną parę niż Jesse i Celine. Trudno podać lepszy przykład na coś co wielu lubi nazywać przeznaczeniem, czy banalnymi dwoma połówkami jabłka. Wiemy to my, wiedzą to oni – wystarczy ich posłuchać. Każdy podjęty temat wywołuje burzliwą dyskusję i doskonale czuć, że we dwójkę na bezludnej wyspie nigdy by się nie nudzili. Więc, na Boga, jaki problem? Bo ona chce komponować? No kaman.

Wobec powyższego nie ma tu dla mnie żadnego zawiązania fabuły. Jest tylko ciągła rozmowa o związkach (dwojga ludzi bez trywialnych problemów takich jak spłata kredytu w frankach szwajcarskich) i o tym, co robi z nimi czas. I znów, chciałem napisać „gadanie”, ale to byłoby niesprawiedliwe dla „Przed północą”. Jeśli lubimy poprzednie części, jeśli lubimy głównych bohaterów, to jeszcze jednego spotkania z nimi – choć niepotrzebnego – nie odradzałbym. Śmiało można zobaczyć i – w najgorszym razie – nabrać ochoty na powtórkę „Przed wschodem słońca”. Ale tylko jeśli zna się poprzednie filmy. Pójście na PP bez tej bazy grozi przedwczesnym wyjściem z kina. Szczególnie z tego względu, że zanim Jesse i Celine zostaną sami to w przeciwieństwie do poprzednich części niepotrzebnie dołożono im tu kompanów do rozmowy przy stole przez co kameralny klimat poprzedników blednie. W Sunrise przypadkowe, krótkie spotkania – aktorzy amatorzy, poeta, czy spotkanie z piosenką w sklepiku z płytami – dodawało filmowi magii, tego potrzebnego dodatku do całości (jakże odarty był na koniec Wiedeń i miejsca, które odwiedziliśmy przez noc bez Jesse’ego i Celine i bez tych „dodatków”), tutaj jest zupełnie niepotrzebne. Jessie i Celine tak naprawdę rozmawiają ze swoimi klonami, a ja gdybym miał wybierać, to wolałbym, żeby znów byli sami i żeby nikt im w paradę nie wchodził.

Zwyczajny, dobry i inteligentny film, który jednak wypada blado w porównaniu ze swoim „pierwowzorem”.

(1556)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.