Dlaczego lektor jest do dupy?

[EDIT] W połowie pisania tekstu dowiedziałem się, że zmarł Lucjan Szołajski. Trochę więc kiepski dzień na taką notkę, ale skoro już tyle nastukałem… Nothing personal… [KONIEC EDITA]

Bo ścieżka dialogowa w tłumaczeniu pod lektora ulega strasznej kastracji i w pień zostają wycięte wszelkie smaczki, żarciki, et cerata. To tak z grubsza.

Od dawna zbierałem się do napisania takiej notki, ale gdybym ja się zebrał do wszystkiego, do czego się zbierałem… Zresztą przez sekundę miałem chyba nawet w kategoriach taką z lekcjami angielskiego dla odpornych, ale to nie było to. A Tym od zawsze miało być wzięcie na warsztat jakiejś komedii z lektorem nadawanej w polskiej TV i wytknięcie jej baboli w tłumaczeniu. Oraz załamanie rąk nad bylejakością takich tłumaczeń. A musicie wiedzieć, że komedie do tego nadają się najlepiej, bo tłumaczenie komedii jest rzeczą wymagającą – w końcu nieprzypadkowo mawia się, że człowiek zna jakiś język dopiero wtedy, gdy rozumie żarty w tym języku. A przy okazji komedie są chyba najlepszym celem do wykastrowania w nieśmiertelną myśl zawodowych tłumaczy – ważne, żeby był zachowany sens. Nieważne, że traci się jakiś żarcik bądź sto, ważne, żeby widz zrozumiał o co w filmie chodzi. (Ta teoria dotyczy w miarę dobrych tłumaczeń, bo w tych gorszych błędy w tłumaczeniu nawet sens filmu wypaczą).

Teoria ta tyczy się też pewnie napisów, ale mnie osobiście wydaje się, że napisy są jednak tym mniejszym złem i nie bywają tak złe jak telewizyjny lektor. Inna sprawa, że filmów/seriali w telewizji nie oglądam z napisami, więc skąd mogę wiedzieć. Tak czy siak, dla dobra tekstu – przypieprzam się do lektora i tłumaczeń „pod niego”. A czarę nieistniejącej goryczy przelał serial „W garniturach” [„Suits”], który aktualnie nadganiam (no momentami podchodzi pod komedię przecież :P). Załamałem ręce, na Q-Fejsie postraszyłem, że wezmę go na warstat, parę osób nawet to polubiło, więc widzę, że jest popyt – no to w końcu zbieram się do kupy.

Jedna sprawa, którą trzeba wyjaśnić na początku – nie jestem przeciwny lektorowi. Trafiają do mnie argumenty, że zagłusza oryginalnych aktorów, że głos ma nie taki i trzeba itp., ale mnie to zwykle nie przeszkadza. Czasem mam ochotę obejrzeć coś z lektorem i już. Gdyby go całkiem brakło, to by mi było chyba żal. Rozumiem, że komuś mogą powyższe rzeczy przeszkadzać (sam nie obejrzałem oryginalnego „CSI” przez lektora właśnie i jego denny głos), ale nie widzę powodu, by właśnie dlatego psioczyć na lektora. Optyka mi się zmienia dopiero wtedy, gdy czyta koszmarnie przetłumaczoną ścieżkę dialogową przez co traci sam film/serial.Wtedy w stronę telewizora zaczynają lecieć wyzwiska. No bo potem ktoś na podstawie takiej wersji ocenia dane dzieło i wypisuje np., że nie było śmieszne. No jak miało być, jak lektor już zadbał o to, żeby nie było.

Tak, wiem, trochę niesłusznie obrywa się temu panu, który czyta nieszczęsną ścieżkę dialogową, więc warto tu dodać, że przez „lektor” mam na myśli całość „procesu” sfinalizowanego wersją filmu/serialu z lektorem.

Trochę spraw technicznych, bo już słyszę, jak nogami przebierają profesjonalni tłumacze, żeby wyjaśnić szaremu ludowi, że nic nie rozumie. Internet pełen jest takich dyskusji, wystarczy poszukać. Argumentów zawodowi tłumacze podają dużo i każdy z nich ma usprawiedliwić ich rzemiosło. Ale wg mnie każdy można spokojnie obalić.

1. Lektor musi być, bo ludzie słabo czytają. Zgoda. Tylko to jeszcze nie usprawiedliwia tłumaczy, którzy dają słabo czytającemu widzowi słaby produkt. (To akurat żaden argument, ale znaleźć się tutaj musiał).

2. Najważniejsze, żeby zachować sens. Tak, tak, piękne tłumaczenia nie są wierne, a wierne nie są piękne. Sztuka w tym, żeby pogodzić dwa światy, co udaje się niezwykle rzadko, a co w przypadku pilota „Suits”, którym potem się zajmę – nie wyszło w ogóle.

3. Specyfika języka. Czyli to, co po angielsku jest „in” to po polsku „zawodnik wchodzący” – język angielski jest po prostu „krótszy”, więc aby lektor nadążył czytać, trzeba z czegoś zrezygnować. Tylko, jak ze wszystkim, trzeba to robić z głową, a nie robić z tego wymówki. (To pułapka, w którą wpadają początkujący tłumacze amatorzy, którzy myślą, że dobre synchro do napisów angielskich będzie też dobrym synchro do napisów polskich.)

4. Co wynika z powyższego, a co jest chyba głównym argumentem zawodowych tłumaczy: a bo my musimy się zmieścić w określonej liczbie znaków i linijek i nie możemy się rozpisywać! Amatorscy tłumacze również, a przecież tym najlepszym jakoś nie przeszkadza to obostrzenie i dają sobie radę (przynajmniej za „moich czasów” :) ).

To tak z grubsza, a wszystko można obalić po prostu zarzucając tłumaczowi lenistwo. Bo jasne, są sytuacje, w których jakiegoś idiomu nie da się przetłumaczyć, gry słownej nie da przetłumaczyć, a linijka naprawdę jest za krótka, żeby zmieścić w niej wszystko co trzeba – to zrozumiałe i nie wszystko da się obejść sprytem. Ale, jak za chwilę zobaczycie, oni nawet nie próbują. To zwykłe lenie, a cierpi na tym widz. Spójrzmy więc…

Zaczyna się już na samym początku króciutkim „Wchodzę”. Wg lektora nie ma różnicy między wejściem (grają w karty) a wejściem za wszystko. Niby drobnostka, ale od początku nastawia negatywnie do tłumaczenia.

Kupa miejsca na dokładniejsze tłumaczenie. W oryginale ta kwestia to:

„Well, why don’t you take your pansy attitude back in there and make him sign my deal? Or I’ll pay someone else your money to do it for me.”

Czyli z grubsza: „Zabieraj swój pedalski tyłek z powrotem i przekonaj go…”. Żadne „proszę” bułkę przez bibułkę. Można to oczywiście jakoś delikatniej przetłumaczyć i w sumie nie byłoby sprawy, gdyby nie fakt, że chwilę później Harvey się odgryza:

„So, I’d say the ball’s in your court, but the truth is, your balls are in my fist. __Now, I apologize if that image is too pansy for you, but I’m comfortable enough with my manhood to put it out there__. Now, get your ass in there and close the goddamn deal.

Czyli, jumając z „amatorskiego” tłumaczenia: „Przykro mi, jeśli to zbyt pedalskie, ale ja nie mam problemów ze swoją męskością”. Wszystko przepadło z hukiem w wersji z lektorem, a miejsca na dobre tłumaczenie jest aż nadto, żeby lektor zdążył przeczytać.

Uwaga, uwaga, lektor nie złapał ironii. Jenny niespodziewanie wpada do mieszkania, Trevor wita ją miłym „Co tu robisz?”, a Jenny ironizuje. „Wpadłaś” miało być, a nie „wpadłeś”, Jenny nie mówiła do Trevora. Jedna literka, zrąbany cały sens.

Przegapione dość ważne zdanie: „…and you’ll pick up writing code like you do everything else”. Dość ważne, bo mówiące o tym, czym wg Jenny zajmuje się jej chłopak, czyli informatyką. Z lektora wynika, że Jenny wie, iż Trevor handluje trawką, a to nieprawda.

Żegnaj żarcie, papa. Oryginał:
– I was out late last night. When I woke up, this is the suit your wife picked out for me.
– And that would be funny if I had actually been married.
Czyli: ten garnitur wybrała mi TWOJA żona i byłoby śmieszne GDYBYM miał żonę.
Uwaga Harveya „Nie jesteś żonaty?” zupełnie bez sensu.

I znów pominięte dość ważne zdanie dla fabuły: „What if I told you that I consume knowledge like no one you’ve ever met”, czyli z grubsza, że chłonę wiedzę jak gąbka.

Pasjans srasjans. Mike gra w kierki. W sumie nie byłoby się co czepiać, gdyby Mike nie odwrócił ekranu i nie pokazał w co gra:

Żegnaj dowcipie. Co komu szkodziło, żeby został? Oryginał:
– You go back in time six weeks, because that’s when it booked up.
Czyli:
– Cofnąć się w czasie o półtora miesiąca.

Całkowicie błędne tłumaczenie i przy okazji kolejny zabity dowcip. Jessica rzuca akta Harveyowi. Cięcie. Harvey rzuca akta Mike’owi. W powyższym tłumaczeniu sensu i dowcipu brak. A brak, bo w oryginale, co zresztą dobrze słychać, jest:
– You’ll handle this yourself. You will not pass it off.
Czyli:
– Zajmiesz się tą sprawą osobiście i nie przekażesz jej nikomu innemu.

Zmęczyłem się. Parę pierdół, co do których musiałbym być naprawdę wredny, żeby o nich wspominać, pominąłem. Mamy połowę odcinka i chyba całkowity przegląd przez to, co niefajnego może nas spotkać podczas oglądania filmów/seriali w wersji z lektorem. CBDU. 

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.