Oszukane

Największe wydarzenie wczorajszej warszawskiej premiery „Oszukanych” miało miejsce zanim jeszcze rozpoczął się film – na scenę sali nr 1 w Złotych Tarasach weszła prowadząca imprezę Ewa Drzyzga i dała show, którego nie powstydziliby się najwięksi mistrzowie stand-upu. Widownia śmiała się jak na najlepszych komediach z Charlie’em Chaplinem, a prowadząca „Rozmowy w toku” zdawała się nie zauważać, jakie gafy popełnia. W tym miejscu ogromny szacunek dla Katarzyny Herman, która powstrzymała się przed daniem jej po pysku, choć widać było, że to już ostatek jej sił zanim to zrobi.

A także ogromna siekierka na moją cześć za to, że nie ogarnąłem się i nie nagrałem tego przedstawienia, którego choćby wspomnienia próżno szukać dzisiaj na portalach. Zostały jedynie notowane na bieżąco cytaty wrzucane wczoraj na Q-Fejsa. Najbardziej pamiętne:

– Oto Krystyna Lasoń, jej zawdzięczamy ten film. Krystyno, czemu nam to zrobiłaś?

– Powitajmy na scenie Sylwię Boroń. I tu zaczyna się dramat.

– Kasiu (Herman), kiedyś chciałaś być malarką, ale wybrałaś aktorstwo. Nie żałujesz?
– Nie.
– To ostateczna decyzja?

– Arturze, wiem, że oglądałeś już film na prywatnym pokazie. Czy po jego zakończeniu zauważyłeś na twarzach obecnych na sali kinowej jakieś oznaki poniesienia przez emocje?
– Nie, bo nie było tam nikogo innego.

– Czekając na wejście Batmana porozmawiajmy z Krystyną.

– Zapraszam państwa na seans filmu, który nie powinien był się wydarzyć.

Nic więc dziwnego, że po takim show film miał już z góry przerąbane, a widzowie martwili się, że więcej zabawnych momentów tego wieczora już nie będzie… „Oszukane” to kolejna odsłona misji TVN-u polegającej na kręceniu filmów telewizyjnych i puszczaniu ich do kinowej dystrybucji jako nie-wiadomo-jakich-to-hitów. Parafrazując „Podejrzanych” – „Największą sztuczką TVN-u było przekonanie ludzi, że kręci filmy kinowe”. I chyba im się ta sztuczka udała, bo ludzie chodzą do kina, a kolejne filmy cały czas powstają. I nawet jeśli nie są to filmy złe, to ciągle są to filmy telewizyjne. I w telewizji powinno się je oglądać.

Nie dajcie się zwieść reklamie, która zapowiada co najmniej sensacyjny thriller. „Oszukane” nie są sensacyjnym thrillerem. Po pierwsze nikt tam nawet nie został oszukany (nie wiem, skąd ten tytuł), a po drugie historia w nim opowiedziana wcale nie jest na tyle szokująca, żeby nie miała prawa się wydarzyć. Ot zwykła pomyłka, która wychodzi na jaw już w materiałach promocyjnych. I jeśli szukacie czegoś więcej to nie, nic więcej tam nie ma. Przynajmiej sensacyjnego. Jest za to przyzwoity obyczajowy dramat, któremu śmiało można dać 6/10. Takie typowe kino nakrecone tylko po to, żeby troszeczkę zarobić. Do kina lecieć nie warto, w telewizji chyba też nie ma się co zabijać o seans, ale jak już się na niego trafi przypadkiem to okiem można rzucić.

No ale co to za frajda pisać o tym, co jest w filmie fajne? Popiszmy o tym, co jest niefajne. Bo przecież tego co fajne aż tak wiele nie ma – jedna scena z pomysłowym przejściem z muzyki klasycznej w nowoczesną łupankę wiosny nie czyni.

Podstawowy moim zdaniem ból tego filmu jest taki, że choć do ról bliźniaczek zatrudniono faktyczne bliźniaczki, to moim zdaniem nie są one zupełnie do siebie podobne. No dobra, przesadzam, wiadomo, że są podobne – szczególnie gdy się tak samo uczeszą; BTW szacun za szybko odrastające włosy jednej z nich – ale nie na tyle, żeby od razu zaliczyć opad szczeny i nie dowierzać, jakież to wielkie jest to podobieństwo. Przez cały film ani przez chwilę nie miałem wątpliwości która jest która i tym bardziej przeszkadzał fakt, że inni nabierali się na to podobieństwo. No dobra, ale ja rozpoznaję braci Mroczków – to tak na obronę filmu.

Artur Żmijewski. Szkoda go do takich ról, naprawdę. Choć na plakatach filmu ma zaciętą minę co najmniej tak jakby mu córkę porwali somalijscy piraci, to tak naprawdę jego rola ogranicza się do ciagłego myślenia o żeglowaniu, którego jest pasjonatem. Niezależnie od tego co dzieje się w filmie, po jego minie widać, że myśli o żaglach. Zresztą trochę trudno mu się dziwić, bo przecież historia, w jakiej uczestniczy nie jest tak beznadziejna, żeby nie można się było po prostu pogodzić z zaistniałą sytuacją i ze światem.

Co poza tym? No standardowe bolączki polskiego filmu. Niewyraźny dźwięk, bolące uszy dialogi, parę naprawdę śmiechowych niezamierzenie scen (scena z ciastem – majstersztyk), ogólnie rzeczy, które telewizyjnemu filmowi wybaczyć można. Dlatego też nie jestem taki na nie, ale jasno i wyraźnie po raz enty powtarzam: to nie jest kinowy film, więc nie powinno się nim zaśmiecać ekranów. I właściwie to jedno zdanie wystarczyłoby za całą moją opinię.

PS. W jakim mieście, do jasnej cholery, dzieje się akcja tego filmu? :)

PS2. Są cycki!

PS3. Przypomniał mi się jeszcze nieudolnie sugerowany wątek pseudolesbijski, stąd ten PS3.

(1529)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.