Osiem

Podobno dobry tytuł to podstawa każdego tekstu. Tak patrzę na te swoje tytuły i już wiem, dlaczego nikt mnie nie czyta.

Dzisiaj nie będzie o kontynuacji „Se7en”. Motywem przewodnim dzisiejszej selekcji filmów będzie liczba 8. A konkretnie ocena 8. A jeszcze konkretniej ocena 8/10 – właśnie taką otrzymuje każdy z niżej opisywanych filmów. Nie wiem, ile ich będzie – tyle, ile mi się będzie chciało pisać, albo tyle dopóki Asiek nie wróci. Selawi.

A zaczynamy od filmu, który długo walczył w mojej głowie o tę ósemkę, bo sercu bliżej było do siódemki jednak.

Łowcy [Jägarna aka The Hunters]

Szwedzki thriller wszech czasów. Podobno. Skandynawska wersja „Łowcy jeleni” minus wojna w Wietnamie, której Amerykanie planowali zrobić remake, jak każdego głośniejszego nieamerykańskojęzycznego filmu zresztą. Nie zrobili, bo postawił się scenarzysta i rezyser oryginału Kjell Sundvall, za co należą mu się brawa. Chamerykańcy chcieli umieścić akcję filmu w Teksasie, a jego bohaterami zrobić kowbojów, którzy dla zabawy strzelają do koni. Wot amerykański sen, nic nie kumają.

Do prowincjonalnego szwedzkiego miasteczka wraca syn marnotrawny. Opromieniony sławą detektyw zmęczony życiem w stolicy. Zamierza osiąść tu z powrotem w domu rodzinnym i spokojnie sobie żyć. Brat wita go z otwartymi ramionami, a posada gliniarza czeka. Roboty dużo nie ma, bo jedyne większe przestępstwa tutaj to kłusownictwo, które nikogo poza prasą nie oburza. Polowanie to tutaj strój narodowy i religia, więc każdy nosi przy sobie sztucer, a łosie są tylko po to, by ładnie pozowały do strzału. Nasz glina jednak nie pozostaje obojętny i wkrótce ma przeciwko sobie połowę miasta.

Każdy kto choć raz widział skandynawski kryminał (a w dzisiejszych czasach widział każdy) wie czego się spodziewać. Senne i chłodne szwedzkie miasteczko jest fasadą do opowiedzenia historii o jego mieszkańcach, która to historia odkrywa coraz to nowe tajemnice. Przy czym nie jest to thriller z gatunku twist za każdym rogiem, a raczej próba psychologicznego spojrzenia na bohaterów i wyjaśnienia ich motywacji. Fabuły nie popychają do przodu niespodziewane wydarzenia, a przez dłuższy czas wszelkie konflikty między bohaterami wychodzą na jaw tylko i wyłącznie w ich rozmowach i powolnym odkrywaniu tego, co w trawie piszczy. Przez jeszcze dłuższy czas nie ma tu ani jednego trupa, ale wszystko nieuchronnie zmierza do finału, który – nic na to nie wskazuje – nie będzie możliwy do rozwiązania zwykłą rozmową.

Jest w „Łowcach” wszystko, co do szczęścia potrzebne, choć wątpliwości mogą budzić sceny polowań, chyba zbyt realistyczne, by móc nie być prawdziwe. Już pierwsza scena filmu nie jest zbyt przyjemna dla oka, więc trzeba się na to przygotować. Potem jest lepiej.

***

Polowanie [Jagten aka The Hunt]

Ze Szwecji przenosimy się do Danii, z polowania na zwierzęta przenosimy się do polowania na człowieka, z SanjayoDuttoPodobnego Rolf Lassgard przenosimy się do HannibaloPodobnego Madsa Mikkelsena, który nie zwykł grywać w słabych produkcjach (dopóki nie zaczął grać w „Hannibalu” :P). Nie dziwi więc fakt, że i ta produkcja słaba nie jest. Wręcz przeciwnie.

Nasz bohater wiedzie sobie żywot nauczyciela w małym duńskim miasteczku. Nie ma większych zmartwień poza tym, że musi walczyć z byłą żoną o opiekę nad synem. Kłopoty w państwie duńskim 😉 pojawiają się jak zwykle niespodziewanie, gdy pewna mała dziewczynka (Oscar dla aktoreczki) oskarża naszego bohatera o molestowanie seksualne.

Wyreżyserowany przez „ojca założyciela” słynnej Dogme95 Thomasa Vinterberga (dzięki Bogu formuła ta szybko się chyba wyczerpała; ewentualnie za głupi jestem do niej) film to prosta (w dobrym tego słowa znaczeniu) historia z gatunku tych, które przytrafić się mogą każdemu z nas. Co za tym idzie przykuwa do siebie nasze zainteresowanie pomimo wolnego tempa i narracji, która nigdzie się nie spieszy i daje pograć aktorom twarzą. No i, co najważniejsze, zadaje wiele pytań, na które chcąc nie chcąc odpowiadamy sobie w głowie w trakcie i po seansie. Zostaje z nami na dłużej i nie pozwala o sobie zapomnieć.

„Polowanie” zebrało, całkiem słusznie, wiele pochwał, ale mimo wszystko pozostawiło we mnie lekkie uczucie niedosytu. Jakkolwiek wstrząsające, nie sprawiło, że pozbyłbym się tej myśli, że jakoś za proste to wszystko. Jedno oskarżenie całkowicie zmienia życie naszego bohatera i nagle wszyscy bez wyjątku widzą w nim potwora. Znają go całe życie, ufają mu, nie dał im się poznać ze złej strony, a mimo to nie znajduje nikogo, kto chciałby go obronić. Nie do końca kupuję taki ostracyzm, szczególnie że paradoksalnie (choć w pełni zamierzenie i z chłodną duńską kalkulacją zapewne) zamienia tych „prawych obywateli” w potwory, których w tym filmie lubić się po prostu nie da. Za ładnie się to wszystko układa – ładnie z punktu widzenia filmowca.

Ale i tak o jak najwięcej takich filmów poproszę.

***

Drugie oblicze [The Place Beyond the Pines]

Teraz dopiero dotarł do mnie polski tytuł i nie mogę go rozgryźć. O co kaman? ROT13 Żr wnxv bwpvrp, gnxv fla, nyr gnx zrgnsbelpmavr, gnx? ROT13. Ktoś musiał nieźle nad tym nagłówkować. Z drugiej strony rozbawił mnie jeden z komentarzy, że i tak lepszy taki tytuł niż „Hen, za lasami”.

Gdzie się nie obejrzę, widzę gromy lecące na ten film. Nie wiem skąd one się biorą i zachodzę w głowę, jak można pisać, że to słabe jest? A i owszem, gust jest jak odbytnica i każdy ma swój, ale bez przesady. Pewnie, nie jest to arcydzieło kina, ani nawet prawie arcydzieło, potrafię sobie wyobrazić, że kogoś zanudziło, ale przecież to nie wina filmu tylko tego, że ktoś pewnie lubi po prostu inne kino. To niech je ogląda, a nie pieprzy głupoty.

Głupio się czuję tak aktywnie broniąc „Drugiego oblicza”, bo przecież ja sam podczas senasu nie odczułem żadnego większego katharsis, ale obejrzałem go z wielką przyjemnością i podziwem dla zainteresowania mnie taką zwyczajną tak naprawdę historią, jakich wiele. Nie jest to film z gatunku zrywającego beret, ale więcej niż solidne rzemiosło policyjno-złodziejskie znów zainteresowane ludźmi, a nie tym, żeby do siebie strzelali.

Ludziska narzekają też, że ich zwiastun w człona zrobił, bo czego innego się po filmie spodziewali, a co innego dostali. Smuteczek. Zamiast narzekać, lepiej docenić niebanalną strukturę filmu, która wnosi do takich policyjnych thrillerów powiew niewielkiej nowości. Piszę „niewielkiej”, bo o żadnej rewolucji nie można mówić. Ale wystarczającej do tego, żeby za dużo nie móc pisać o filmie (dlatego tak obchodzę go dookoła) i żeby wystarczyło stwierdzić: za dużo się o filmie nie dowiadujcie przed seansem.

Jeśli „Drugie…” mnie czymś zawiodło to aktorstwem. Gosling w każdym filmie jest taki sam, a Cooper przez rolę w poważnym filmie rozumie włożenie na siebie dresu.

***

Last Passenger

Ludzie, polecam! Cóż za przyzwoita, niezobowiązująca rozrywka! Tylko trzeba do niej podejść na luzie i nie analizować wszystkiego „a tu mogli tak, słabe!”.

O filmie pewnie nic nie słyszeliście i nie ma się co dziwić, bo to niskobudżetowa produkcja brytyjska, ale zapewniam, że nieskobudżetowość nie jest jej słabością. Wręcz przeciwnie, tym bardziej można docenić debiutującego w dużym formacie reżysera Omida Nooshina, że poradził sobie aż tak dobrze.

„Last Passenger” to właściwie lekka wariacja na temat gatunku „sam przeciw wszystkim w konkretnej lokacji”, o którym ostatnio dość często tu piszę. Wariacja, bo przede wszystkim jest na odwrót. Oto grupka pasażerów jadących nocnym pociągiem nagle znajduje się w niezbyt komfortowej sytuacji. Jakiś desperat przejmuje kierownicę i pędzi pociągiem w kierunku zagłady. Pasażerowie muszą zebrać się razem i coś z tym fantem zrobić, jeśli chcą dożyć poranka.

Dużym plusem LP są jego bohaterowie. Reżyser poświęca wystarczająco ekranowego czasu, byśmy zdążyli ich poznać i polubić. A to klucz do udanego filmu, bo nic tak nie psuje zabawy jak bohaterowie, których osobiście miałoby się ochotę udusić. Zanim więc pociąg nabierze prędkości przysłuchujemy się ich rozmowom i interakcjom czując, że do czegoś to prowadzi, ale nie do końca wiadomo do czego – jeśli tak jak ja ogląda się LP w zupełnej niewiedzy.

No i najważniejszy smaczek. Jeden z bohaterów jest Polakiem! Jana Klimowskiego gra urodzony w Tel Awiwie Iddo Goldberg (hańba! :P), który po polsku mówi śmiesznie i tylko raz rzuca kurwą, ale nie sposób go nie lubić (choć pewnie kilku polityków zagrzmiałoby, że robią z nas debili – więcej luzu). No świetna rozrywka! Debile z Filmwebu dali jej 5/10.

***

Tower Block

Guilty pleasure, jak to mówią. Sytuacja podobna co „Last Passenger” (brytyjski, niskobudżetowy, gatunek podobny) z tą różnicą, że film jest o wiele, wiele bardziej bzdurny. Ale co z tego? Podobał mi się :)

Ustalmy na początku, że sensu w tym filmie nie ma. Tzn. byłby, gdyby podstawowy jego twist był w jakikolwiek sposób wykonalny. Wykonalny nie jest, nie ma nawet co analizować. Ale jeśli na chwilę zamkniemy mózg i uwierzymy, że jeden snajper może sterroryzować cały blok, to możemy spędzić przyjemne półtorej godziny zastanawiając się nad tym, co ja bym zrobił, gdyby sterroryzował mnie jeden snajper. Choć to niemożliwe.

I, cholera, to chyba wszystko, co mam do napisania o tym filmie. Grupka mieszkańców starego bloku z wielkiej płyty gdzieś na robotniczym zadupiu Wielkiej Brytanii pewnego wieczora ginie od kul nadprzyrodzonego (no musi taki być skoro trafia w cel ułamek sekundy po rozsunięciu się zasłon losowo wybranego okna) snajpera. Ci, którzy przeżyli, muszą wykombinować, jak nie dać się zabić.

A, co oczywiste, są sąsiadami, więc w głównej mierze nie snajper jest ich problemem, a oni sami dla siebie.

***

Opcja numer jeden: Zmęczyłem się.

(1545)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.