Iron Man 3

Nie zliczę, ile już napisałem zajebistych recek. W głowie. A potem trzeba przenieść je na „papier” i zaczynają się schody…

Nie zliczę, na ile zajebistych pomysłów i serii wpisów wpadłem. W głowie. A potem trzeba być systematycznym i zaczynają się schody…

Nie zliczę, ile razy zaczynałem wpisy marudząc. W gło… To znaczy na Q-Blogu. Efektu samowdepnięcia na ambicję póki co nie zobaczyłem.

Do kina na trzeciego „Iron Mana” wybrałem się w sobotę. W niedzielę napisałem reckę. W głowie. Trzymałem ją tam przez całą niedzielę i 2/3 poniedziałku, aż w końcu wypuszczam. W głowie była zajebista, ale tu będzie normalna. Grunt, że to już cztery akapity.

Filmowego „Iron Mana” lubię, niezależnie od tego, że na drugim usnąłem. Co ciekawe, chyba, bardziej lubię filmowe adaptacje komiksów niż same komiksy. Do tych drugich nie jestem w stanie się przekonać (nawet Cucu mnie nie przekonał pokazując wypaśne wydanie w twardej okładce nabyte za ciężki hajs z przygodami emerytowanych Supermana i Batmana). Nie czuję i nigdy nie poczuję ich wyjątkowości i nie przytaknę, gdy ktoś mi powie, że to Sztuka, a nie jakieś malunki na kartkach. Taka prawda. Za stary już jestem, żeby zmienić zdanie, więc mnie nie przekonujcie rzucając kolejnymi tytułami – na pewno obejrzę ich ekranizacje. A komiksy szanuję na tyle, by szanować tych, którzy je lubią.

Mój stosunek do komiksów (czyt.: to, że ich nie czytam) akurat w przypadku IM3 pomógł mi w oglądaniu filmu. Widzę, przelatując jednym okiem po recenzjach, że ludzie narzekają na to, jak potraktowano Mandaryna. Ojej, wg mnie to był akurat fajny myk. Czasem przydaje się bycie umiarkowanym fanbojem czegoś tam – nie wiem, chyba za nic bym się nie dał pokroić, choć tak na szybko pamiętam, jak narzekałem, że Igrzyskami śmierci podeptali Battle Royale. Ale i w tym przypadku z kina trzaskając drzwiami nie wyszedłem.

Gdyby Marysia na przykładzie IM3 próbowała obliczyć ile komiksu jest w tej ekranizacji komiksu, to wyszłoby jej, że niewiele. Bo praktycznie rzecz biorąc IM3 w ogóle nie jest filmem komiksowym. A dzieje się tak z powodu jego twórcy, Shane’a Blacka, swego czasu najlepiej opłacanego scenarzysty, który napisał Zabójczą broń. Shane Black, wszystko na to wskazuje, potrafi pisać (tutaj jest współtwórcą scenariusza) tylko jeden rodzaj historii – buddy moviesy z onelinerami. No i w przypadku IM3 nie zrezygnował z tego, co potrafi najlepiej (jedynie) i napisał buddy movie z onelinerami. Komiksu jest tu w zasadzie tyle, co kot napłakał i tyle, ile nakazuje przyzwoitość – przecież kręcąc „Zbrodnię i karę” nie możesz zrobić filmu bez żadnej zbrodni, logiczne. Czy to dobrze? Czy to źle? Nie wiem. Poszedłem na film komiksowy, a dostałem film Shane’a Blacka z dialogami, których nie sposób pomylić z innymi autorami. To akurat plus, bo facet ma swój styl i to słychać. Szkoda, że momentami polskie tłumaczenie pozbawione było polotu i wykastrowano parę fajnych tekstów na czele z myśleniem o pierwszej myszy i Laurence’em Oblivierem (wiem, że ten drugi trudny do przetłumaczenia, ale tłumacz nawet nie spróbował, by oddać jego sens). Choć nie da się ukryć, ze te jego teksty (Shane’a, nie tłumacza) niby brzmiały cool, ale do końca takie nie były. Może to jednak lepiej w ustach Martina Riggsa brzmi niż faceta w metalowym kombinezonie? Z drugiej strony dzięki właśnie dialogom bezboleśnie można było przetrawić m.in. Guya Pearce’a ziejącego ogniem. Tekst Cheadle’a rozładował niezamierzenie komiczną sytuację.

IM3 to rzadki przykład filmu, który rozkręca się po minięciu połowy. Aktualnie najczęściej spotyka się filmy, które zaczynają się świetnie, a potem są coraz gorsze i gorsze, albo takie, które od początku do końca są gorsze (świetne przez cały czas to już prawdziwe rarytasy). IM3 na odwrót. Pierwsza godzina w moim odczuciu była zupełnie nudna, a potem zaczęło być fajnie. Finałowa rozpierducha wrażenie zrobiła i warto ją było zobaczyć na dużym ekranie. Choć może niekoniecznie w 3D, bo 3D jest tam jeszcze mniej niż komiksu. Właściwie 3D potrzebne było tylko do tego, żeby napisy były wyraźniejsze, czyli po nic. No ale, pisałem już parę razy, odkąd mogę oglądać filmy 3D w tych lekkich okularach to mi wszystko jedno, a moja kieszeń jakoś przeżyje.

Film Blacka to, jak większość filmów, w których gra, one man show Roberta Downeya Jra i jeśli się go lubi to spokojnie można siadać do oglądania nie patrząc na to czy to o kosmitach czy o innych mutantach. A jak się Juniora nie lubi to nie wiem :) Chyba też można spróbować, bo IM3 daje przyzwoitą dawkę rozrywki, co i tak jest wyczynem biorąc pod uwagę na to, że filmów w uniwersum Marvela było już zylion, a będzie jeszcze kolejny zylion. 7/10

(1530)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.