Bullet to the Head

Człowiek na parę dni zapuści się w pisaniu bloga i od razu ma wrażenie, że bez pisania mu lepiej, że nie ma co czasu marnować na blogowanie, bo i tak wielkiej kariery z tego nie zrobi, że to, że sramto. A weźże się człowieku w garść, a nie jęcz przez pięć linijek wstępnego akapitu!

Ale przynajmniej sporo oglądam – coś za coś. Z dwojga złego wolę już ten stan „nie chce mi się pisać”. Bo „nie chce mi się oglądać” mnie drażni. Modlę się nad stosem tytułów, przerzucam płyta po płytce i nic, nic nie zawoła „obejrzyj mnie, obejrzyj”. Co dziwne, skoro płyty leżą na stercie „do obejrzenia”…

Oglądam więc sporo podświadomie nadrabiając filmowy licznik przed nieubłaganie zbliżającym się terminem remontu, podczas którego wszystko stanie na głowie i zakopany w kurzu ostatnie o czym będę myślał, to będzie odchylenie folii malarskiej i odsłonięcie telewizora. No chyba, że dramatyzuję i nie będzie tak źle.

Bullet to the Head

Zgrzeszyłem. Zgrzeszyłem, bo byłem ciekaw czy to rzeczywiście jest takie złe, jak zwiastował trailer. Zgrzeszyłem, bo trailer zwiastował, że to będzie złe i nie ma co czekać na lepszą okazję do grzechu. No to okazałem się człowiekiem słabej silnej woli, bo ileż można czekać na nowego Sly’a bez gwarancji tego, że się w ogóle doczekam.

Po co ja się tłumaczę.

Na papierze wszystko wyglądało więcej niż dobrze. Za kamerą Walter Hill, przed kamerą Sylvester Stallone i Jason Momoa, czyli coś ciekawego dla fana kina akcji różnych pokoleń. Stallone w renesansie swojej kariery pragnący nadrobić kolejnymi filmami to, co stracił przez lata przed „Rockym Balboą”. Pokazujący faka PG-13. A potem był trailer i to uczucie kina mocno C…

Pozytyw jest – film jest lepszy niż jego zwiastun. Film w zasadzie jest całkiem przyzwoity, ale jeśli ktoś liczył na choćby ułamek funu, jaki nieśli ze sobą Niezniszczalni 2 i triumfalny powrót do kina akcji lat 80., to musi obejść się ze smakiem. Niby wszystko w nim jest, a na dodatek widać gołym okiem, że to film Waltera Hilla. A mimo to coś nie gra. Film ani ziębi, ani grzeje, nie budzi żadnych emocji. Ai „łoo, szkoda, że zginął”, ani „czad, jaka akcja!”. Nic. Strzelają się, gonią, film się kończy – przez takie filmy kariera Sly’a się kilkanaście lat temu załamała i teraz historia się powtarza.

Całość mocno przypomina „Get Carter” (też jest remakiem) – główny bohater jest oprychem, który noirowym voiceoverem komentuje to, co dzieje się na ekranie. Jest tu dużo więcej akcji niż w „Carterze”, ale kilka splatterów jeszcze wiosny nie czyni. Jest też Weronka Rosati, która znowu na potrzeby Hollywood się rozbiera, ale potrzeba wyraźniejszego obrazu 😉 żeby ocenić, czy użyczyli jej dublerki. W każdym bądź razie mówi więcej niż w „Stand Up Guys”.

Klapa „Bullet to the Head” i arniegowego „The Last Stand” każe przypuszczać, że (pomijając „Niezniszczalnych”, których jeszcze ze trzy części mogą pociągnąć) „The Tomb”, w którym Arnie i Sly wystąpią razem w rolach głównych dosłownie będzie grobowcem ich kariery. 6/10

(1501)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl