Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Po północy, czyli Tarantino Connection

Do powtórki „Po północy” zbierałem się od lat. I zebrać nie mogłem. Oglądałem to dawno temu, kiedy taśmowo oglądało się wszystko, nie wiedząc o filmie nic. Ważne, że był z Rutgerem Hauerem. A ten akurat był słabym filmem z Rutgerem Hauerem, bo ani nikt nie nabijał na patyk czaszki psa, ani przynajmniej nie miał wybuchowej obroży na szyi.

I w końcu ten moment nadszedł. W jednym miejscu i czasie znalazła się moja chęć na seans oraz rozejrzenie się dookoła w celu zlokalizowania filmu.

Powód powtórki nie jest raczej wielce zaskakujący, a przynajmniej nie sądzę, aby kogokolwiek zaskoczył. Otóż „Po północy” przeszedł do historii kina jako pierwszy film, w którym pojawiło się w napisach nazwisko „Quentin Tarantino”. I to nie tak, jak często pojawia się teraz – z jednego tylko powodu: żeby film cokolwiek zarobił i łatwo go było reklamować. Wręcz przeciwnie, nazwisko to pojawiło się tam, bo QT nad filmem pracował. Choć akurat nie robił tego, za co został podpisany – nie, nie był producentem wykonawczym. „Został nim” tylko po to, żeby można mu było zapłacić. Było to bowiem tak – zgłoszono się do QT, żeby poprawił gotowy już scenariusz, bo AFAIR nie podobał się Hauerowi. QT zgodził się i scenariusz poprawił w swoim stylu, czyli napisał go praktycznie od nowa. Napisane przez niego dialogi nie spodobały się zaś śp. Natashy Richardson i producenci mieli kolejny problem. Rozwiązany został w sposób taki, że dla Natashy przywrócono stare dialogi, a nowe zostały głównie dla Clancy’ego Browna, bo Hauer i tak wiele nie gadał tylko zjawiał się w fabule z miną psychopaty w określonych momentach filmu. Tarantino próżno szukać w napisach pod „scenariusz”, a kasę za nie bycie producentem „Po północy” wydał na zrobienie swoich debiutanckich „Wściekłych psów”.

Natasha Richardson nigdy więcej nie zagrała w żadnym jego filmie.

Po odsiedzeniu 15 lat z wyroku za zabicie żony i dziecka z więzienia wychodzi Ben Jordan. Pragnąc jakoś zahaczyć się w społeczeństwie, rozpoczyna od szukania pracy. Pomaga mu w tym kuratorka Laura Mathews. Straszona przez kolegów tym, z jakim to potworem będzie miała do czynienia, szybko wpada na ślad twista w całej historii. Czyżby Jordan kiblował za niewinność, a morderstwa dokonał kto inny? A może rzeczywiście jest psycholem, który chwile przed śmiercią żony zarejestrował na taśmie 8 mm?

Film jak film. Nie ma specjalnie się nad czym rozwodzić, bo to standardowy kryminał dość ciekawy do oglądania, ale nie wyróżniający się niczym specjalnym. No może aktorstwem, bo obsada jest niezła. Ot typowe kino, jakie trafiało na kasety wideo zaraz po wyprodukowaniu i sto lat później docierało do Polski. Przez długi czas rzeczywiście trzyma widza w napięciu i każe się zastanawiać nad rozwiązaniem zagadki, ale też podsuwa tropy zupełnie nie wiadomo skąd. Winić za to chyba należy pisany na wariackich papierach scenariusz, bo przedstawianie ojca ofiary jako wolnomularza i nazbyt zakochanego w córce mężczyzny, czy – uważany zresztą za czysto tarantinowski – tekst „jak na seryjnego mordercę jest bardzo przystojnym mężczyzną” pasują tu jak pięść do nosa. Pomotały się pewnie różne koncepcje na poprowadzenie fabuły i stąd już na samym początku zaliczamy WTF słysząc, że koleś, który zamordował ciężarną żonę jest seryjnym mordercą. A im bliżej końca sensu już w ogóle niewiele jest, bo twórcy filmu chcąc na maksa zasiać w widzu niepewność co do tego kim jest Jordan posuwają się do bardzo tanich sztuczek, których zakończenie nie usprawiedliwia (usprawiedliwia za to co innego, ale nie będę spoilerował). 6/10

Jedyny powód, dla którego warto rzucić okiem na „Po północy”, to pozostałości wkładu Tarantino w efekt końcowy. Nie mam raczej większych wątpliwości co do tego, że ktoś, kto oglądałby ten film bez wiedzy o owym wkładzie sam z siebie nie domyśliłby się, że ten i tamten tekścik napisał Tarantino, ale gdy już o tym wiadomo, to nie nastręcza większych trudności wyłapanie tego, co tarantiowskie, a co frankonorwoodowskie (jako twórca scenariusza wymieniony jest Frank Norwood, dla którego był to trzeci i ostatni film w karierze; zresztą nie zdziwiłbym się, gdyby to jakiś pseudonim był kogoś innego). Nie ma tego dużo, bo i druga połowa filmu to już typowe zabili go i uciekł, ale troszkę się do efektu finalnego przedostało.

I zastanawiają mnie w zasadzie dwie tylko rzeczy, a konkretniej dwie sceny. Jedna ze stopami (choć z lekkiej oddali, ale jednak ze stopami) – czyżby w zrealizowanym scenariuszu pozostały nie tylko dialogi Tarantino? A druga z obrotem kamery wokół rozmawiających postaci. Ciekaw jestem, czy ta druga tak się spodobała Tarantino, że postanowił ją sobie – jak wszystko – pożyczyć do większości swoich późniejszych filmów. Czy może tu też dotarł do reżysera jego podszept. W to drugie raczej wątpię, bo wtedy, na początku lat 90. o Tarantino mało kto słyszał, a zmienić się to miało dopiero za rok.

(1476)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.