Nędznicy [Les Miserables]

Tyle narzekałem, że premiera opóźniona, że w święta zamiast Django i „Les Mis” będzie do wyboru w kinach tylko Hobbit albo Hobbit, a gdy w końcu film Hoopera trafił do kin, to dopiero teraz go obejrzałem. I okazało się, podobnie jak w przypadku „Django”, że nie było o co kruszyć kopii i można było trochę dłużej poczekać na seans. Bo mimo całej nadziei na świetne kino i oczekiwania na niezapomniany wieczór, rzeczywistość okazała się trochę bardziej szara. Było dobrze, ale nic ponadto.

Rację mają ci, którzy po seansie „Nędzników” pisali, że główną winę za wszelkie niedoskonałości filmu ponosi reżyser – Tom Hooper. Rzeczywiście, nie poradził sobie ze sztuką przeniesienia „statycznego” (choć na ruchomych scenach inscenizowanego) musicalu do warunków filmowych. Nie tylko śpiewane dialogi w przejściach „międzypiosenkowych” raziły sztucznością, ale i cała reszta za bardzo pachniała sceną. Zabrakło filmowego oddechu (ciasne kadry), jakiegokolwiek większego rozmachu inscenizacyjnego, który wyniósłby ograny i ukochany przez wielu musical na wyższy, filmowy poziom. Wydaje mi się, ze Hooper zbyt sztywno trzymał się oryginału, by móc wycisnąć z niego coś więcej. A co sprawdza się na scenie, niekoniecznie musi potem sprawdzić się na kinowym ekranie.

W związku z powyższym „Nędznicy” to w zasadzie zbiór kilku świetnych, klasycznych już piosenek połączonych zbyt luźno, by nie mieć wrażenia, że coś nam tu nie gra. I tu znów „wina” oryginalnego musicalu, który przeniesiony jak leci do kina nie sprostał filmowym standardom. I teraz nasuwa się pytanie: czy trzeba było nie ruszać „Les Mis” w ogóle, czy może zaryzykować i mniej lub bardziej odbiec od scenicznego kanonu? Zostawiając już te śpiewano-mówione przerywniki, do których szybko można się przyzwyczaić, ale popracować nad płynnością fabuły nawet kosztem niektórych piosenek (nazywam je piosenkami upraszczając znacznie sprawę; ale wiadomo o co chodzi). Tego prędko się nie dowiemy (albo i nigdy), bo nikt po raz drugi nie będzie się teraz brał za „Les Mis”. Bo może tak narzekamy na Hoopera, a nie dało się tego lepiej zrobić?

Na pewno lepiej można by za to skomponować obsadę. Konieczność dobrego śpiewania była tu czynnikiem odrzucającym większość kandydatur, ale czy na pewno spośród tych pozostałych wybrani zostali najlepsi? Najłatwiejszym celem jest oczywiście Russell Crowe, który jako Javert wypadł blado. Śpiewanym przez niego ściśniętym głosem piosenkom zabrakło mocy i ledwo brzmiały z ekranu. Reszta spisała się dobrze lub bardzo dobrze, ale żeby któreś wykony rzuciły mnie na kolana to chyba nie mogę napisać. Na pewno fajnie to wszystko brzmiało śpiewane na żywo i ten eksperyment akurat wypalił, ale historia musicalowej piosenki nie zatrzęsła się w posadach. I choć to opinia czysto subiektywna, to zrobiłbym w obsadzie trochę roszad. Nie mam oczywiście żadnych alternatyw – no kaman, piszę bloga, więc mogę sobie napisać „trzeba by coś zmienić” i nie proponować nic w zamian. Na tym polega blogowa rzetelność przecież 😉

Lubię lesmisowe piosenki, dlatego film Hoopera bez problemu dostaje ode mnie 7/10, ale oczarowany nie jestem.

(1482)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.