Na przełamanie, czyli z dedykacją dla Roberta Lewandowskiego

Od kilku dni jesteśmy świadkami małego zastoju na Q-Blogu. Ani to nie pierwszy zastój ani nie ostatni, ale z każdym dniem coraz dłuższy i dłuższy. Paradoksalnie filmów oglądam całkiem dużo, tylko siąść i je opisać. No właśnie, „tylko”. Niby nic, a tu kolejny posterunek w „Far Cry 3” do wyzwolenia i czas ucieka.

No ale czas się przełamać i w końcu coś napisać. Mam też nadzieję, że natchnę tym wpisem Roberta Lewandowskiego, który w reprezie też się zatkał i niedługo stuknie mu 1000 minut bez gola. Robercik, ogarnij się. Patrz, na Q-Bloga zalepili dziurę w kalendarzu.

Zatem, cóż tam słonko widziało ostatnio?

Niemożliwe [Lo Imposible]

Nie miałem w zasadzie jakichś złych przeczuć względem tego filmu, ale też nie czekałem na niego zupełnie. Jak się trafi, to się go obejrzy – tak sobie myślałem. I w sumie fajnie byłoby napisać teraz, że byłem głupi i trzeba go było na pniu oglądać, ale nie czuję się jakbym przeżył objawienie po seansie. Choć był więcej niż bardzo fajny, a sam film oceniam wysoko, bo aż na 9/10. I myślę, że to taki film, którego zupełnie subiektywne odczucie może wywindować wysoko na skali ocen. Czyli – trudno mówić o arcydziele kina, ale robi wrażenie.

A robi wrażenie przede wszystkim tym, że z trudnego do przedstawienia tematu nie robi szopki ciągłego wyciskania z widzów łez za wszelką cenę. Na pewno jakieś łzy wyciska, ale są to łzy szczere, a nie wymuszone. Z trudnego zadania udało się reżyserowi wyjść obronną ręką i ostatnie co mogę powiedzieć po seansie to to, że żeruje na tragedii ludzi, by ją spieniężyć.

„Niemożliwe” opowiada o tsunami, które w Boże Narodzenie 2004 spustoszyło pełne turystów wybrzeże Tajlandii. Zmieniło życie wielu rodzin w tym jednej, o której opowiada film. Młodym małżeństwie z trójką dzieci rozdzielonym przez fale.

To z pewnością poruszający film, który w realistyczny sposób pokazuje tragedię ludzi w obliczu klęski żywiołowej. Opowieść o odwadze, śmierci i nadziei nakręcona w sprawny sposób, dzięki któremu trudno się nudzić. Pełna zwrotów akcji (przy czym mowa tu o takich delikatnych zakrętach, bo z grubsza od początku nie ma większych wątpliwości jak się to wszystko skończy) pokazuje tragedię z wielu stron począwszy od tragedii jednostki po szerszy obraz chaosu, jaki zapanował wśród tysięcy ocalałych. A we wszystko to wpleciona jest konkretna historia trzymająca cały film w kupie.

Z pewnością warto „Niemożliwe” obejrzeć, żeby choć trochę móc poczuć, jak z bliska wyglądało to, o czym wielu z nas słyszało tylko z Wiadomości w telewizji. Strachu nie miejcie, nie jest to tani wyciskacz łez exploitation tylko film znajdujący tę cienką kreskę pomiędzy chęcią opowiedzenia o czymś, a bezczelnym wykorzystaniem ludzkiej krzywdy.

Poradnik pozytywnego myślenia [Silver Linings Playbook]

Tutaj też nie miałem żadnych oczekiwań, choć w tym przypadku akurat podejrzliwie łypałem okiem na ten deszcz nominacji do Oscarów. I słusznie, bo nie wiem skąd się on wziął. Szczególnie zaskakująca jest nominacja dla Jennifer Lawrence, która w tym filmie była po prostu o-kro-pna.

Nie zrozumcie mnie źle. To nie jest zły film. Przeciwnie, to porządny film z gatunku tych takich co to się pojawiają w okolicach Oscarów i z wziętych aktorów kojarzonych z lżejszą rozrywką (mam świadomość, że lekko krzywdzę Lawrence) próbują zrobić gwiazdy poważnego kina. Wsadza się ich w obyczajową historię o życiowych rozbitkach, dodaje przy boku uznane gwiazdy starszego pokolenia i z tego połączenia powstaje coś naprawdę porządnego, co zostawia widza po seansie z czymś więcej niż „no, fajnie się strzelali”. Ale osiem nominacji? Nie.

Jako już rzekłem – SLP to opowieść o dwójce życiowych rozbitków. On załamał się po zdradzie żony i właśnie wyszedł z wariatkowa. Ona załamała się po śmierci męża i właśnie przestaje być nimfomanką. Spotykają się ze sobą, a po godzinie filmu jakby wszyscy zapomnieli, że on wyszedł z wariatkowa, a ona ma problem ze sobą. Problem rozwiązuje się, jak dla mnie, za bardzo po prostu, jakby w ogóle nie istniał.

Krzywdę robi temu filmowi reklamowanie go jako „komedia”, bo komedią z żadnej strony nie jest. To że główny bohater biega w worku na śmieci (nie załapałem, dlaczego?) nie znaczy, że to od razu komedia. Wiadomo, komedię lepiej sprzedać, ale po co przekłamywać sprawę aż tak skoro osiem nominacji i tak zrobi swoje?

Nie mam wątpliwości, że na SLP nikt z widzów nie dozna catharsis, bo to nie jest wielkie kino. To kino dobre, dobre na 7/10

Wróg numer jeden [Zero Dark Thirty]

Tutaj króciutko 😉 Wiadomo ococho. Historia polowania na Bin Ladena, czyli „odkryj polski trop w polowaniu na Osamę” jak to nam grzmią w polskich zwiastunach. Czyli dwie minuty niewiele znaczącej sceny w Gdańsku, w której główna bohaterka na chwilę przebiera się za Mamę Madzi.

Sam już nie wiem, nie pamiętam i nie chcę wiedzieć, jakie były kulisy powstania tego filmu. Czy Barack go pochwalił, czy Barack go zganił, czy to, czy sramto. Mało istotne. Pewnie to drugie, bo skoro w politycznie poprawnych Stanach coś wprost nazywane jest „polowaniem na człowieka” (niezależnie od tego, co to za człowiek i co zrobił), to od razu czuć jakiś mocny zgrzyt. Gdyby to było grzeczne kino to pewnie promocja poszłaby w zupełnie inną stronę.

Cóż, grzeczne kino to nie jest. Zaczyna się od tortur, a kończy na zaplanowanym z zimną krwią morderstwie (strzały o świcie). Trwa trochę za długo i za długo się rozkręca – rozruch ma niczym teatr telewizji – ale ogląda się to z każdą minutą coraz lepiej. Choć miłośników wartkiej akcji raczej zanudzi. Mnie nie zanudził i choć miałem okres przechylania się oceny ku 7-ce, to ostatecznie stanęło na 8/10.

Film pozostawił mnie z jedną refleksją. Wszystko tak idzie do przodu, tak rozwija się, zmienia, ewoluuje. Właściwie świat sprzed 20 lat różnił się od tego teraz diametralnie. A mimo tych wszystkich zmian nadal najskuteczniejszą torturą jest kawałek szmaty i kubeł zimnej wody.

Ptaki [The Birds]

Zaskoczenie, co? Nie dla tych, co kukają na Q-Fejsa.

Uprzedzając pytanie: tak, widziałem już „Ptaki”, ale dziecięciem będąc (byłem przekonany, że to cz-b film; kto wie, czy nie oglądałem go tak dawno temu, że na cz-b telewizorze po prostu :) ). Zrobiły na mnie wrażenie, jak na każdym wtedy, ale żebym był świadomym widzem tego filmu to powiedzieć nie mogę. Stąd moje ponowne zderzenie się z klasyką.

Zderzenie bolesne. Bo choć „Ptakom” miana klasycznego odbierać nie wolno i nie wypada, to jeszcze nie oznacza, że trzeba się nimi zachwycać. A nie oznacza, bo nie ma czym.

Pierwsza godzina filmu ciągnie się w nieskończoność. Jakieś podchody, 20 minut poświęcone na dowiadywanie się jak ma na imię jakaś tam dziewczynka i w ogóle („pojedzie pani w prawo za kościołem, potem będzie szkoła, a za nią domek z czerwoną skrzynką, a jej właścicielka jest nauczycielką i ona będzie wiedzieć, jak dziewczynka ma na imię”). Po co to i na co? Bo budowaniu suspensu na pewno nie służy.

Lepsza zabawa zaczyna się dopiero wraz z pojawieniem się absolutnie genialnej postaci sceptycznej ornitolożki po 70-ce, ale jest już o wiele za późno, żeby uratować film dla znudzonego widza, który ostatecznie wystawia „Ptakom” 6/10 i zastanawia się, czy to nie za wysoko. Bo „Ptaki” próby czasu nie wytrzymały i to wcale nie dlatego, że efekty specjalne są tutaj takie, na jakie było stać ówczesne kino. To zupełnie nie ma nic do rzeczy. To po prostu kiepski taki sobie film.

Hitchcock Vs. Dziewczyna Hitchcocka [The Girl]

„Ptaki” nie wzięły się w moim jadłospisie przypadkowo. Wcześniej obejrzałem dwa powstałe w mniej więcej tym samym czasie biograficzne filmy o genialnym reżyserze. Obejrzałem w takiej kolejności, w jakieś należy je oglądać, czyli najpierw film z Hopkinsem, który opowiada o kręceniu „Psychozy”, a potem z Tobym Jakmutam, w którym poznajemy kulisy powstawania „Ptaków” i „Marnie”.

Obydwa nie stawiają Hitchcocka w najlepszym świetle. Pierwszy trochę mu odpuszcza pozostawiając na pierwszym planie przyzwoitą kreację Hopkinsa, za to w drugim jest już głównym czarnym charakterem. W pierwszym Alfie to wybuchowy zazdrośnik, który swoją sławę wiezie na plecach pozostającej w tle utalentowanej żony, natomiast w drugim to już totalny zbereźnik i tyran, do którego za późno dociera jakakolwiek refleksja. A może i wcale nie dociera, tylko się narąbał z Seanem Connerym.

Na pewno dużą wartością obydwu jest spojrzenie za kulisy powstawania dwóch najgłośniejszych filmów Hitchcocka, ale „Dziewczynę Hitchcocka” polecam tylko najwytrwalszym, bo to telewizyjna nuda przeokropna. A Toby za bardzo przypomina Sida z „Epoki lodowcowej”, no i ma zdecydowanie za duże garniaki.

Zdecydowanie lepszy jest film z Hopkinsem. Głównie dlatego, że pobrzmiewają w nim żartobliwe tony i nie wszystko jest takie śmiertelnie poważne i okraszone jazzowym jęczeniem o niedoli szwedzkiej blondynki, którą ptaki podziobały w 50 powtórzonych ujęciach. Jak już wiecie obejrzałem „Ptaki” ponownie i nawet jeśli Alfred zrobił jej krzywdę tą sceną, to cała reszta filmu była już raczej zupełnie lajtowa i wg mnie powinna raczej podziękować za szansę rozpoczęcia kariery. No może nie na tylnym siedzeniu cadillaca, ale, jak rany, i tak by sto raz zwiała zanim zdołałby rozpiąć rozporek.

Fajniejsze od samego „Hitchcocka” było oczekiwanie na sam film, ale ostatecznie 7/10 wyciągnął, a i przynajmniej dwie godne zapamiętania sceny miał. „The Girl” dociągnęła zaledwie do 5/10.

(1488)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.