W dwóch zdaniach (TM) plus uśmiechnięta emotka, ale nie mogę jej napisać w tytule, bo Blox wcina niektóre znaki diakrytyczne

Death Race: Inferno

Frankenstein wygrał cztery kolejne wyścigi i jeśli wygra następny – odzyska wolność. Sprawa jednak komplikuje się wraz z nowym właścicielem deathrace’owej franczyzy (czy jak to się tam nazywa). Ambitny biznesmen chce zrobić z DR widowisko międzynarodowe rozgrywane na różnych więziennych arenach. Na początek w południowoafrykańskim pustynnym więzieniu. A że Frankensteina uwolnić nie chce, to wszystko wskazuje na to, że będzie miał z tego powodu kłopoty. Tylko jeszcze o tym nie wie.

Daruję sobie streszczanie deathrace’owej historii, bo w końcu ma być w dwóch słowach. Zostanę więc przy tym, że od części drugiej (Inferno to część trzecia) są to filmy wypuszczane prosto na rynek wideo, a co za tym idzie nie ma nawet co silić się na porównywanie ich do produkcji z Jasonem Stathamem (choć dwójka była od niej lepsza :P). To inna, znana z Ery Video, bajka i w takim kontekście powinno się te wyścigi oceniać.

Niestety, po świetnej dwójce przyszła przeciętna trójka, która nie wyróżnia się absolutnie niczym. Prosta jak drut fabuła, którą próbowano zamknąć epickim zakończeniem a’la seria „Pił” jest do rozkminienia w pięć sekund, więc wrażenia na nikim nie zrobi. Ale co tam fabuła w kinie klasy B, tu najważniejsza jest rozpierducha. A ta w DR3 jest również przeciętna. Szczególnie kłują w oczy walki na pięści i kopniaki, którym przydałby się jakiś zdolny choreograf. Ciosy nie dochodzą szczęk, zadający je aktorzy nie potrafią się bić i to wszystko widać.

A wyścig jak wyścig. Jego reguły powinny być proste, a takie nie są i sensu w nich żadnego nie ma. Pomijając fakt, że zupełnie nie można kupić, że ktoś się nimi ekscytuje. Może 20 lat temu ktoś by w to uwierzył, ale teraz za dużo reality showów się już naoglądaliśmy. A zresztą już format jest bez sensu, bo równie dobrze wyścig zamiast po trzech dniach może skończyć się po trzech godzinach. Ten oryginalny DR z rozjeżdżaniem ludzi był jednak cool.

Dotrwałem do końca, bo czekałem tylko na to, aż Prudence pokaże, że jest z niej laska. Trochę pokazała, ale nie tak jak się tego spodziewałem, więc tu też się lekko zawiodłem. 5/10
 

Frankenweenie

Nie wiedziałem o tym filmie nic poza tym, że to animki i że to animki Tima Burtona. Animków nie lubię, ale Asiek chciał coś zobaczyć, więc spróbowałem. Nie wiedziałem, kurde, że tam za chwilę zginie pies. A Asiek nie lubi jak giną psy.

W ogóle co jest z tym zabijaniem psów i zwierząt w filmach? Ostatnio w co drugim filmie (i serialu też – The Following) ginie jakieś. Cycki by lepiej pokazywali – tylko to im przeszkadza, hipokryty jedne.

Zatem tak. Nasz bohater Victor, uczeń szkoły podstawowej zapewne, ma psa. Pies ginie, a on postanawia go wskrzesić. Udaje mu się to i potem ma kupę problemów z ukryciem ożywionego zwierzaka przed oczami tych, którzy chętnie wysłaliby go z powrotem do grobu.

Animowana wariacja na temat „Frankensteina” i klasycznych filmów grozy. Nakręcona w specyficznym dla Tima Burtona klimacie, ale pozostawiająca po sobie posmak tego, że Burton niespecjalnie się był wysilił. Bo myślę, że dla Burtona taka opowiastka jak „Frankenweenie” to pięć minut roboty – stać chłopa na więcej. A tanie nawiązania typu Shelley czy Van Helsing też na nikim nie powinny robić wrażenia i skłaniać ku mysli: „wow, ale to przemyślane i oryginalne i w ogóle”. Nie. To bardziej przywrócony do życia kotlet.

Ale dość zjadliwy i nie pozostawiający po sobie zgagi. Opowiastka z czytelnym morałem i charakterystycznymi postaciami, których większość marzyłem, żeby pozabijać w trakcie filmu. Czyli wzbudziły moje emocje. 6/10, ale gdybym był fanem animków to pewnie dałbym więcej.
 

Pitch Perfect

Zrealizowana na fali powodzenia Glee… ekranizacja książki. Szok. Jak można napisać książkę o zespołach a capella? Chyba że to audiobook był :)

Główna bohaterka filmu przybywa na studia. Już rozglądając się po kampusie wszyscy – z wyjątkiem bohaterki – wiedzą, że to najlepsza uczelnia na świecie. Bo bohaterka to totalny blaz. Nie chce tu być, marzy jej się DJ-owanie w Los Angeles. Tymczasem jej uczelnia oferuje naprawdę znakomity sposób spędzania wolnego czasu bez konieczności wkuwania jakichś nudnych przedmiotów. Pada w filmie określenie „Wstęp do filozofii”, ale tu się chyba scenarzysta trochę zagalopował. Szybko jednak doszedł do siebie i potem już na szczęście nikt uczyć się nie musi. Bo i po co? Na studiach?

No to już znacie całą historię, prawda? Tak, są na uczelni zespoły a capella, tak, startują w regionalsach itepe, tak, zblazowana DJ-ka wniesie do jednego z nich nutkę tego, czego im brakowało. I, prawdopodobnie ;P, wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie.

Bardzo pozytywny lekki i miejscami dowcipny filmik pełen ładnych dziewcząt i naprawdę ogromnej zgrai męskich safandułów. Serio, dawno nie widziałem takiego zniewieściałego bestiarium! Nie wiem, gdzie oni ich tam teraz w tej Ameryce produkują, ale strach się bać za kilkanaście lat. Koniec dygresji. Mimo tej pozytywności odczułem pewnego rodzaju zawód, bo temat można było wykorzystać lepiej i mniej sztampowo. I bez wymiotów.

Ale i tak z seansu jestem zadowolony, głównie dzięki naprawdę fajnie wyśpiewywanym kawałkom. To dla nich warto PP obejrzeć, bo wykastrowany ze śpiewania straciłby 2/3 uroku. 7/10

PS. Fajowa ta Anna Kendrick. Inna taka.

(1474)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.