Trouble with the Curve

Pod koniec „Podejrzanych” [„The Usual Suspects”] jest taka scena, w której agent Dave Kujan łączy w końcu wszystkie elementy układanki i jego oczom ukazuje się całościowy obraz historii, którą słyszał przez ostatnie dwie godziny. W „Trouble with the Curve” każdy z widzów może się poczuć jak Dave Kujan. Mija właśnie gdzieś tak pół godziny seansu, gdy trzecioplanowy Latynos rzuca torebką orzeszków, a wszyscy już wiedzą, jak skończy się cały film.

Bałem się, że będzie problem z tłumaczeniem oryginalnego tytułu na polski, bo w końcu „curva” w tytule zobowiązuje, ale widzę, że nie doceniłem dystrybutora, bo film pojawi się na polskich ekranach jako „Dopóki piłka w grze”. O ile w ogóle na nie dotrze, bo do planowanej premiery w lutym przyszłego roku każdy chętny zdąży go już obejrzeć. Trzeba jednak przyznać, że wielkiej straty duże ekrany nie poniosą, jeśli ten najnowszy film z Eastwoodem (który nigdy nie miał powstać – film nie Eastwood ;P) nigdy na nich nie zagości.

A powstać nie miał, bo Gran Torino sprzed kilku już lat (jak ten czas szybko leci) miało być pożegnaniem Eastwooda z aktorską stroną kamery i ostatnim filmem, w jakim wystąpił. Zająć się miał reżyserią, ale słowa nie dotrzymał. Nie złamał go jednak dla jakiegoś niebywałego filmowego arcydzieła, ale dla zwyczajnego do bólu (choć jest to ból w miarę przyjemny) sportowego obyczaju z lekką domieszką grantorinowego (czyt. starczo-narzekającego) humoru. Debiutu reżyserskiego swojego przyjaciela – co sporo tłumaczy.

Bohater Eastwooda to wiekowy baseballowy skaut (dla niewtajemniczonych: koleś, który łowi młode talenty w zabitych dechami amerykańskich licealnych dziurach). Wraz z wiekiem sypie mu się wszystko, a najbardziej wzrok. Wciąż jednak bez pracy żyć nie może i nie chce słyszeć o emeryturze. A że na jego miejsce już czekają młode i ambitne chłopaki z laptopami, to jest się czego obawiać. Ale on problemu nie widzi (pun intended). Rusza w drogę, by sprawdzić zawodnika, na którego chrapkę ma profesjonalny zespół, który go zatrudnia (naszego bohatera, a nie zawodnika ;P). W podróży towarzyszy mu córka, z którą przez ostatnie lata widywał się raczej rzadko, a wkrótce oboje spotykają Justina Timberlake’a, który wciąż próbuje oszukać, że jest aktorem.

Ten krótki opis wraz z Latynosem rzucającym orzeszkami w zasadzie podpada pod spoiler, ale raczej nie przejmowałbym się tym na Waszym miejscu, bo doprawdy film jest łatwy, prosty i oczywisty. I naiwny. Zresztą ta naiwność typowa jest dla sportowych filmów spod znaku Eastwooda, który najwyraźniej wierzy w swoją własną wizję sportu, lekko odbiegającą od rzeczywistości. Weźmy np. taki Million Dollar Baby (znakomity zresztą i oceniony przeze mnie maksymalnie), w którym pięściarka z Niemiec (Wschodnich zapewne) fauluje na ringu z grubsza co pięć sekund, a sędziowie nie zwracają na to uwagi. Niby nic, ale naiwność ta ma duży wpływ na fabułę tego (znakomitego zresztą; przymknąłem oko zupełnie) filmu. Naiwność w „Trouble…” nie ma aż tak wielkiego znaczenia i w zasadzie bardziej niż naiwność przypomina nostalgię. Nostalgię za „starym” baseballem, która nas nie rusza w ogóle, bo wiadomo, że to durna gra jest. I ślepą wiarę w to, że istnieje sport prawdziwy aż do korzenia, który conquers all. Nawet jeśli to all uzbrojone jest w laptopy, analizy i statystyki sięgające czasów Adama i Ewy. Tu już bardziej jesteśmy się w stanie wczuć w całą historię, ale by ją zaakceptować trzeba znaleźć w sobie trochę dziecka. Bo bez tego zbyt łatwo zarzucić TwtC, że jest banalny i Eastwood stracił tylko czas, którego za dużo nie ma.

Wychodzę jednak z założenia, że czasem po prostu ma się ochotę na jakiś banalny film, który humoru nie zepsuje, a może nawet uda mu się sprawić, że dwie godziny seansu będą taką zwykłą i prostą przyjemnością. Że walnie się człowiek w fotel i z półuśmieszkiem na gębie popatrzy sobie na Eastwooda, który wciąż trzyma fason i tak jak ten stary, naiwny i czysty sport slash baseball jeszcze gdzieś tam istnieje na obrzeżach 3D i krwiożerczych dwugłowych rekinów atakujących balonowo cycate blondynki spod jednej sztancy. 7/10

(1458)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.