Smaczki, odc. 9 – Another quiet tear

Jest w „The Man with the Iron Fists” sporo smaczków i trudno się dziwić, w końcu to film kung fu sygnowany (trochę z łaski) nazwiskiem Quentina Tarantino. Lustrzane komnaty, w których dochodzi do walki na śmierć i życie, Pam Grier w małej rólce, Gordon Liu, który od czasu „Kill Billa” wcale bardziej nie posiwiał, czy killbillowe ujęcie spod sufitu ciurkiem przez kilka sąsiednich pokoi (wedle Wikipedii RZA, pomysłodawca, scenarzysta, reżyser i aktor „The Man…” siedział na planie „Kill Billa” i robił notatki – widać co sobie dokładniej zanotował). Zostawmy je jednak na boku, bo to nie one zwróciły moją największą uwagę i nie one sprawiły mi największą przyjemność ze zrozumienia, w jaki sposób twórca mruga w danym momencie do mnie okiem. Sprawiła to pewna piosenka.

Nie ma też nic dziwnego w tym, że w filmie, które jest dzieckiem RZY (odmienia się toto?) można sobie posłuchać fajnego soundtracku. I rzeczywiście – soundtrack w nim jest fajny, dokładnie taki, jakiego można by się spodziewać. A wśród nutek, które się przedostały do filmu jest ta jedna, smaczkowa. Brzmi tak:


s010

Co w niej takiego smaczkowego? Cofnijmy się sporo lat (do tyłu rzecz jasna 😉 ) i zatrzymajmy przy wyreżyserowanym przez Johna Woo (to kolejny smaczek, którego można by się spodziewać po filmie „z uniwersum Tarantino”) pewnym kultowym filmie o swojskim tytule „The Killer”:

Bardzo fajny smaczek. Bardzo. 

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.