Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Nie ma już fajnych seriali? Czyli finał Homeland

Kolejny finał, kolejna refleksja. Trochę niesprawiedliwa w momencie pisania o finale „Homeland”, który był całkiem fajny, ale jednak przez niego wywołana…

Pewnie trudno w to uwierzyć, ale kiedyś nie lubiłem seriali. Oglądałem głównie te polskie, bo cóż innego można było w telewizji polskiej oglądać, i nie załapałem się na pierwszy serialowy boom. Bo uznawałem seriale za coś gorszego, bo drażniły mnie swoją telewizyjnością (jestem z gatunku tych, co to produkcję telewizyjną poznają po pierwszych ujęciach, najpóźniej po pierwszych napisach), bo automatycznie nie chciało (i nadal nie chce) mi się oglądać czegoś, co w napisach ma „Teleplay by”. Dookoła coraz więcej ludzi wpadało w serialowe sidła, zachwycało się najnowszymi odcinkami czegoś tam, wymieniało płytkami z wypiekami na twarzach (specjalnie tak napisałem ;P płytki były z serialami, a nie z wypiekami), a ja wzdychałem tylko „phy”, wyjątek robiąc jedynie dla „Przyjaciół”. (A właśnie, „Przyjaciół” i „Alfa” lubiłem. Tych pierwszych to nawet z… dubbingiem). Dośc długo pozostałem serialowoodporny.

Kupił mnie dopiero „Prison Break”. Pomyślałem: miliard much nie może się mylić, spróbujmy… Żadnego serialu potem nie łyknąłem tak szybko jak s1 Prisona. Nie jest w tym nic dziwnego, że w niecałe dwa dni było już po sprawie. Potem „Lost” (mocna ciekawość), „24” (zachwyt) i już byłem na właściwej serialowej drodze. Drodze, która obawiam się, że powoli dobiegać może końca.

Coraz częściej narzekam(y) na serialowe odcinki, coraz częściej finały mnie nudzą, bo nie dzieje się w nich właściwie nic ciekawego, coraz częściej przesypiam odcinki (dobrą 1/6 trzech ostatnich odcinków „Homeland” przekimałem), coraz częściej w sezonie chodzi tylko o to, żeby dobre były pierwsze i ostatnie odcinki, a w środku może być słoma – szczerze powiedziawszy nie wyobrażam sobie, żebym jakiś z oglądanych właśnie seriali był w stanie obejrzeć ciurkiem tak jak „Prisona”. Trzy odcinki to maks, a to i tak przy dobrych wiatrach. Nie czuję już tej ciekawości „co dalej”, nic mnie nie pcha do olania wszystkiego i oglądania kolejnego odcinka; są jeszcze seriale, które oglądam na pniu, ale gdybym nie mógł tego zrobić to bym nie cierpiał i spokojnie poczekał kilka dni na seans. Nawet w przypadku „Survivora” 😛

Czyżby nie było już fajnych* seriali? A może to tylko typowy Syndrom Tortu – jesz ze smakiem, jesz ze smakiem, jesz, jesz aż w końcu się porzygasz.

Poniżej SPOILERY, co oczywiste, do finału „Homeland”.

Miało być pierdolnięcie i pierdolnięcie było (Syndrom Fajnego Pierwszego I Ostatniego Odcinka, A W Środku Słoma). Obejrzałem za jednym zamachem (hłe hłe) dwa ostatnie odcinki, więc miałem taki przedłużony finał (choć przyspieszyło mi go trochę przysypianie) (nie za dużo tych nawiasów?) i solidną podbudowę do finałowego pierdolnięcia. Które było zacne, ale…

Taka konstrukcja ostatniego odcinka, jak finał „Homeland” to dobra jest dla filmów, po których niczego się nie spodziewasz. Coś jakby oglądać „Od zmierzchu do świtu” nie wiedząc niczego o filmie. Gorzej w przypadku seriali, w których nie musisz nic wiedzieć o fabule, a i tak wprost w ich definicji wpisany jest cliffhanger na koniec sezonu. Wtedy trochę zmienia się optyka. Bo niby „sielanka, sielanka, sielanka, a potem trzęsienie ziemi”, ale w tłumaczeniu na nasze to raczej: „pół godziny nudy, bo przecież wiesz, że to nie koniec”. Szczególnie że przedostatni odcinek skończył się tak, jak można by się spodziewać, że skończy się cały sezon, więc chyba nie było nikogo, kto by się nabrał, że do końca 2×12 będzie słodkopierdząco. To minus, bo jednak potrzeba było sporo „łojezu, skończcie już się miziać i do rzeczy” rzucić w ekran.

Zgrzyta też dość znacznie słaba obsada pogrzebu wiceprezydenta. Powinno być raczej jak w „Długu honorowym” – cała administracja i Saul na prezydenta. Trudno mi uwierzyć, że na pogrzebie swojego wice nie ma prezydenta, a jedyne ważne osoby na nim to szef CIA, wdowa i wice junior. Jasne, było tam na pewno wiele niewymienionych z nazwiska i stanowiska szych, ale tak naprawdę to jest to zupełnie obojętne dla serialu, bo ani się o nich nie mów, ani się ich nie widzi – przecież nad bezpieczeństwem USA w „Homeland” czuwa dziesięć osób na krzyż, a reszta to milczenie. Tyle że co obojętne dla serialu, niekoniecznie musi byc obojętne dla widza, który z pewnością czułby większy dosyt ( 😉 ), gdyby na tym pogrzebie pojawiły się jakieś międzynarodowe delegacje (choćby i polska; byłby może kolejny powód do smoleńskich teorii spiskowych), ambasadorzy obcych państw itp. Ktoś, kto ze względu na swoje straty tu poniesione pomógłby w końcu walczyć USA z terroryzmem w trzecim sezonie, bo nie mam wątpliwości, że skoro poginęli w zamachu tylko US-finest, to dalej tylko od USA będzie zależeć bezpieczeństwo wszechświata. Bezpieczni za to pozostaną scenarzyści, którym za dużo wątków do złapania nie przybyło.

Ale i tak należy im się pochwała za stworzenie serialu, w którym – nawet, jeśli wieje nudą i głupotkami – tak prowadzą swoje postaci, że wciąż nie wiadomo kto jest dobry, a kto zły. I każdy na dobrą sprawę może być Wielkim Mastermindem. To na pewno plus dla serialu, który wciąż można poprowadzić w wiele stron, a ograniczeniem jest tylko wyobraźnia. (Dalej uważam, że to niefajne, że zrobili z Rudego największego patriotę na zachód od Potomaku i nie mam wątpliwości, że chłopak dobry jest i czysty jak łza (a wolałbym, żeby był jednoznacznie motherfuckerem), co jednak nie przeszkadza zauważać mi tego, że wciąż w każdej chwili mogą go zmotherfuckerzyć).

Nie widzę jednak w „Homeland” serialu, dla którego mógłbym umrzeć. Gdyby ktoś dzisiaj ogłosił, że nie będzie trzeciego sezonu – przyjąłbym to na luzie i bez żalu.

PS. „Homelandowi” dramatycznie potrzeba lepszych aktorów. Jak to ktoś napisał na fejsie gdzieś tam: Rudy ma cały czas jedną minę – czy kocha, czy nienawidzi, czy wali konia. A tego jak irytuje mnie Carrie w wydaniu clairedanesowym nie zmierzy żaden Obojętnieczegometr.

*takich jak s1 Prisona 

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.